W naszym domu mieszkają dwa psy, Lola i Majlo.
Lola to starsza pani z charakterkiem. Siedemnaście lat wspólnego życia i ani dnia nudy. Lolka to złośnica, ale z sercem kochającym nas wiernie od lat. Ma swoje zdanie, swoje ścieżki, swoje „nie, dziękuję”. Przygarnęliśmy ją z ulicy jako maleńkiego, wystraszonego szczeniaczka i nieustannie od lat próbujemy dojść z nią do porozumienia. Wychodzi nam to z różnym skutkiem. Z charakteru to bardziej tygrysica niż pies. Kochamy ją na zabój. Chyba właśnie za to, jaka jest.
Majlo to młody, kudłaty adopciak. Pojawił się w naszym domu w chwili, gdy coś się dla nas skończyło, gdy śmierć zabrała bliską osobę. Przyszedł wtedy, gdy wszystko było w rozsypce i to posklejał. Wypełnił nam tę pustkę z radością, którą przynosi tylko nowe życie.
Majlo to żywe srebro – pełne niespożytej energii, nieograniczonych pokładów miłości i z kudłatą głową pełną szalonych pomysłów. Lolkę, naszą stateczną seniorkę, traktuje z należytym szacunkiem… no, przeważnie. Czasem zrobi jej jakiś figiel – podejdzie, gdy śpi, szczeknie jej prosto do ucha i oddali się z miną mówiącą: „to na pewno nie ja”.
Dwa miesiące temu pożegnaliśmy kota Pulpeta, który odszedł po długiej chorobie. Majlo z niezwykłym oddaniem czuwał przy Pulpecie w ostatnich tygodniach. To było wzruszające – patrzeć, jak między psem a kotem, teoretycznie przeciwieństwami, rodzi się czuła, pełna troski więź.
Po odejściu Pulpeta Majlo jeszcze długo siadał w tym samym miejscu, gdzie zwykli razem przesiadywać i wypatrywał go z tak tęsknym spojrzeniem, że nie da się go zapomnieć.
Jest coś, co za każdym razem rozdziera mi serce, gdy myślę o psach.
Jak często potrafimy zawieść te cudowne istoty. Ile razy słyszymy, jak okrutny potrafi być człowiek: porzuca, głodzi, bije. A one wracają, merdają ogonem i patrzą z nadzieją. Nie wiem skąd w psach bierze się taka odwaga i taka gotowość do wybaczania. Wiem jednak, że one uczą nas więcej, niż niejeden człowiek. Uczą czekać, cieszyć się z małych rzeczy, przebaczać, kochać bez pytania o to, czy na to zasłużyliśmy. Myślę, że psy uczą nas tak naprawdę być ludźmi.
Dzień Psa to nie tylko okazja, by pogłaskać swojego pupila. To dobry moment, by otworzyć oczy i serce na tych, którzy jeszcze nie mają domu. Wiem z doświadczenia, że adopcja to nie tylko przyjęcie do domu psa. To otwarcie serca na historię, której nie znamy, na ból, którego nie widzimy i na miłość, która potrafi leczyć rany. Nie namawiam Cię do adopcji, jeśli nie jesteś na to gotowy. Jednak możesz zrobić coś małego: udostępnić ogłoszenie, wspomóc lokalne schronisko, przygarnąć staruszka na dom tymczasowy. Ten mały gest może uratować czyjeś życie i przywrócić wiarę w człowieka.
W Dniu Psa warto się zatrzymać na chwilę i posłuchać tego, co psy próbują nam powiedzieć swoimi oczami. To nie tylko opowieść o wierności. To opowieść o nadziei, o potrzebie bliskości i o tym, że każdy z nas może być dla kogoś całym światem.
One zasługują na świat lepszy niż ten, który im zgotowaliśmy.
Popatrz w oczy swojemu psu, albo przypomnij sobie, tego, którego już z Tobą nie ma. I powiedz: Dziękuję za Twoją obecność, za wierność, za miłość, która nie potrzebuje żadnych powodów.
W hołdzie dla moich psów – Loli i Majlo oraz wszystkich, które były przed nimi.








Witaj! Twoja opinia jest ważna.