Czy zdarzyło Wam się spotkać w swoim życiu ludzi, którzy stają się dla Was bliscy jak rodzina? My nazywamy ich naszą „rodziną z wyboru”.
W naszym życiu pojawiło się kilka takich osób. Nie musimy być w stałym kontakcie, wydzwaniać do siebie co chwilę ani spotykać się regularnie, by czuć to mentalne połączenie. Po prostu wiadomo, że są, i to wystarcza.
To więź bez ciśnienia, bez zobowiązań, bez żalu w stylu „tak długo się nie odzywałaś”. Można z nimi żyć w przyjaźni, czerpać z niej radość i poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli dzielą nas kilometry czy tygodnie milczenia. To ludzie, którzy stają się częścią naszego życia w sposób naturalny i nieprzymuszony – prawdziwa „rodzina z wyboru”.
Dziś chciałabym opisać jedną z takich „rodzinnych” relacji.
Ponad rok temu stanęliśmy przed decyzją, która miała odmienić nasze życie. Po utracie bliskiej osoby szukaliśmy sposobu, by nadać naszym dniom nowy sens i nie pozwolić, by żałoba nas całkowicie pochłonęła. Rozpoczęły się poszukiwania nowego członka rodziny – psa – nie rasowego, nie „z papierami”, nie na pokaz. Miał być przede wszystkim… zwyczajny, taki, który wniesie do naszego życia radość i miłość.
I w trakcie tych poszukiwań spotkaliśmy… człowieka. Cudowną osobę, którą pokochaliśmy od pierwszego kontaktu. Najpierw pojawiło się uczucie do Niej, a dopiero potem do psa. Najchętniej adoptowalibyśmy ich w pakiecie, bo ta osoba, żartobliwie nazywana przez nas Ciocią Beatą, jest niezwykłym i wspaniałym człowiekiem. To właśnie w Niej i w tej relacji spotkały się wszystkie elementy, które cenimy w „rodzinie z wyboru” – ciepło, poczucie bezpieczeństwa, przyjaźń, bez żadnych oczekiwań.
Ciocia Beata zaufała nam i powierzyła najcudowniejszego psa na świecie. Tak w naszym życiu pojawił się Majlo – wulkan energii, który wywrócił do góry nogami nie tylko nasz dom, ale i całe nasze życie. Coś tam po drodze zniknęło z wyposażenia domu, ale zostaliśmy jednocześnie wzbogaceni czymś o wiele cenniejszym: bezinteresowną miłością najwspanialszego kudłatego przyjaciela.
Majlo od pierwszego dnia wniósł w nasze dni radość, energię i ciepło, które trudno opisać słowami. Każde jego spojrzenie, każde merdanie ogonem, każda psia głupotka przypomina nam, że czasami najprostsze rzeczy wnoszą do życia najwięcej szczęścia.
Z czasem poznaliśmy historię Majlo. On i czwórka rodzeństwa trafił do Cioci Beaty, mimo że pod jej opieką była już cała gromadka psów i kotów. Cała piątka dostała miano Muszkieterów z Podlasia. Pewnie dlatego, że pomimo chorób, które toczyły ich maleńkie ciałka, nie poddali się i walczyli jak prawdziwi muszkieterowie. Babeszjoza, parwowiroza, anemia… Nawet nie chcemy myśleć, jaki byłby ich los, gdyby nie Ona.
Ciocia Beata zrobiła wszystko, by im pomóc. I udało się – cała piątka najpierw wygrała ze śmiertelnymi chorobami, a potem dostała szansę na szczęśliwe życie w nowych domach. Ciocia nigdy nie działa pochopnie – bardzo skrupulatnie i z ogromną ostrożnością powierza psy nowym właścicielom. Historia Muszkieterów, jak i wielu innych stworzeń, którymi się zajęła, znalazła szczęśliwe zakończenie. Takich historii są dziesiątki, bo Ciocia Beata nieustannie ratuje nowe istoty, karmi, leczy i wypuszcza w świat do dobrych ludzi. Nasz podziw dla niej jest ogromny.
Niestety przychodzi w życiu taki moment, kiedy nawet ten, kto zawsze pomaga, kto jest dzielny i niezwyciężony, sam staje do walki o swoje zdrowie.
Parę miesięcy temu dowiedzieliśmy się, że Ciocia przeszła operację – lekarze wykryli coś w organizmie. Przez operację, hospitalizację i rekonwalescencję przeszła jak prawdziwa wojowniczka: bez zatrzymania, bez narzekania, bez nadmiernego roztkliwiania się nad sobą. Taka właśnie jest – twarda zawodniczka, która nie pieści się ani ze sobą, ani z życiem. I nawet wtedy, gdy sama musiała walczyć, dalej ratowała kolejne zwierzęta. Przyjmowała, karmiła, leczyła i szukała im nowych domów.
Dla nas Ciocia Beata jest dowodem, że jeden człowiek naprawdę może zmieniać świat – kawałek po kawałku, istota po istocie. Robi to bez rozgłosu, bez oczekiwania na podziękowania czy fanfary. Po prostu żyje tak, by dawać innym – tym najmniejszym, najbardziej bezbronnym.
A kilka dni temu przeczytaliśmy Jej słowa:
„…pojawiły się nowe guzy […] i bez mazania mi się tutaj”.
I serca nam pękły…
Zaczęliśmy zadawać tak bardzo ludzkie pytania: dlaczego ona? Dlaczego los bywa tak niesprawiedliwy? Dlaczego ktoś tak dobry musi znów walczyć?
Ciociu Beato – jesteś dla nas kimś absolutnie wyjątkowym. Dziękujemy, że zaufałaś nam, powierzając Majlo. Dziękujemy za wszystkie zwierzęta, które ocaliłaś. Dziękujemy, że jesteś.
Wierzymy, że tak jak zawsze podnosiłaś innych na łapy, tak i Ty podniesiesz się teraz. Bo jeśli ktoś ma w sobie moc, by walczyć i zwyciężać – to właśnie TY.
I może to właśnie teraz nadszedł czas, byś Ty sama była Muszkieterką – waleczną, niepokonaną i otoczoną naszą miłością i wsparciem. Bo w tej drużynie nie jesteś sama. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!

Na zdjęciach Majlo w całej okazałości.









Witaj! Twoja opinia jest ważna.