Ledwie otwierasz oczy, a już rozdajesz siebie: tu trochę cierpliwości, tam odrobinę siły, temu uśmiech, który już nie należy do Ciebie, tamtemu – czas, którego nie masz. Każdy bierze coś dla siebie: słowo, gest, obecność, uwagę, energię. Coraz mniej zostaje dla Ciebie.
Nie zatrzymujesz się, bo trzeba działać. Świat nie pyta, czy masz jeszcze siłę. Wędrujesz od jednej chwili do drugiej z przyklejonym spokojem, choć w środku drży coś kruchego. Oddałaś wszystko, co mogłaś – cierpliwość, wiarę, nadzieję. I nagle czujesz, że w środku nic nie zostało. Jest pusto.
Nie zawsze wiesz, jak to wytrzymać. Dni się powtarzają, a Ty czujesz, że pustka rośnie, że nie masz już siły, że nie posiadasz już zasobów, z których mogłabyś czerpać. Wszystko, co miałaś, już rozdane i zużyte. W tym zmęczeniu i ciszy czasem pojawia się gniew, czasem zniechęcenie, czasem poczucie bycia do niczego.
A potem zostajesz już sama. I w tej samotności, w tej pustce, nagle dostrzegasz coś maleńkiego – fragment, który pozostał tylko dla Ciebie. Jak łupina z potłuczonego dzbanka, z którego nalewałaś innym: pocieszenie tu, odwagę tam, wiarę w coś – jeszcze gdzie indziej. Ten mały kawałek należy tylko do Ciebie.
I wtedy widzisz, że te wszystkie kawałki, które poodpadały, które roztrzaskały się po drodze, układają się w całość. Nie gładką, nie doskonałą, nie wypolerowaną przez życie, ale kruchą, nierówną i pełną pęknięć. Te kawałki, te doświadczenia, te dni i noce, które przeżyłaś – choć nie zawsze było łatwo – są częścią tego, kim jesteś. I w tej prawdzie zostajesz ze sobą – w całej swej kruchości i autentyczności.
Może właśnie o to chodzi, by wreszcie przestać się sklejać na siłę. Pozwolić sobie być taką, jaką jesteś teraz: niepełną, zmęczoną, ale prawdziwą, choć popękaną. Przez te pęknięcia przebija światło. I ono przypomina, że wciąż żyjesz, czujesz, że jeszcze możesz – dla siebie, nie tylko dla innych. Nie musisz nic udowadniać. Wystarczy, że jesteś.








Witaj! Twoja opinia jest ważna.