1 listopada. Wszystkich Świętych.
Znowu, jak co roku, pojechałam na groby. Ten dzień ma w sobie coś, co działa na mnie od środka. Zawsze go przeżywam z cichym zachwytem. Groby pełne zapalonych zniczy, ludzie płynący powoli alejkami, ciche rozmowy toczące się półgłosem. W tym wszystkim jest jakaś harmonia.
To święto jest dla mnie nie tylko symbolem pamięci, ale też obecności. Jadę z żywymi, by odwiedzić tych, których już nie ma. W tych prostych gestach – w zapaleniu znicza, w ustawianiu kwiatów na płycie, w milczeniu – oni wracają. Na moment, ale wystarczająco długi, by przypomnieć, kim byliśmy razem.
Kiedyś jeździłam tam z nimi. Siedzieli obok, wkładali znicze do bagażnika, mówili, że trzeba się pospieszyć, bo zaraz zrobi się ciemno. Teraz jeżdżę bez nich, ale wciąż słyszę ich głosy. Może to właśnie o to chodzi w tym dniu, żeby przez moment jeszcze raz poczuć ich obecność?
Te same cmentarze, te same ścieżki, to samo zimno, które szczypie w dłonie, gdy odpalam świeczkę (choć wczoraj było wyjątkowo słonecznie i ciepło). Z roku na rok coraz bardziej doceniam tę powtarzalność. Jest w niej coś trwałego, coś, co istnieje mimo upływu czasu. Jakby pamięć miała swój własny sposób, dzięki któremu nie pozwala nikomu odejść do końca.
Lubię ten dzień. Jego klimat, chłód poranka, mgłę unoszącą się nad cmentarzem, zapach chryzantem i parafiny. Lubię to zmęczenie, które przychodzi wieczorem, kiedy wracam po całym dniu odwiedzania cmentarzy. Jest w nim satysfakcja, że zdążyłam wszędzie, że zapaliłam świeczki, że byłam.
Czuję też pewien rodzaj wdzięczności. Za to, że jest do kogo wracać myślami. Za to, że mam co wspominać. Za to, że jest we mnie cząstka miłości, którą mi zostawili ci, których odwiedziłam.








Witaj! Twoja opinia jest ważna.