Nie wszystko musi się wydarzyć od razu. Są stany, które potrzebują czasu nie po to, żeby się rozwinąć, ale żeby w ogóle zostać zauważone.
Żyjemy tak, jakby wszystko miało mieć ciąg dalszy. Jakby każda myśl musiała prowadzić do wniosku, a każda emocja domagała się nazwy. Jakby to, co chwilowe, było niewystarczające. A przecież wiele rzeczy dzieje się tylko na chwilę i właśnie w tej chwilowości jest ich sens.
Czasem jestem w trakcie czegoś, czego nie umiem jeszcze nazwać. Nie wiem, dokąd to prowadzi, nie wiem, czy w ogóle prowadzi dokądkolwiek. I coraz rzadziej próbuję to przyspieszać.
Bycie w trakcie jest niewygodne. Nie daje punktów odniesienia. Nie pozwala się ustawić. Nie można się nim pochwalić ani wyjaśnić. Wymaga cierpliwości wobec siebie. Czasem wcale nie wiadomo, czy jest dobrze. I może o to chodzi.
A jednak to właśnie tam dzieje się najwięcej, w tym czasie, który trwa między początkiem a końcem. Nie w decyzjach, nie w deklaracjach, nie w podsumowaniach, ale w powolnym przesuwaniu się czegoś w środku. W zmianie, która jeszcze nie ma kształtu.
Uczę się zostawać w tym miejscu dłużej. Nie domykać. Nie podsumowywać. Nie nadawać sensu na siłę. Pozwalać, żeby rzeczy były w drodze – i żebym ja mogła być w drodze razem z nimi.
Może dojrzałość nie polega na tym, że się wie, ale na tym, że potrafi się być w trakcie – bez pośpiechu, bez definicji, bez obietnicy finału.








Witaj! Twoja opinia jest ważna.