Przez długi czas nie miałam wątpliwości, po której stronie stoję. Robiłam rzeczy, które uchodziły za dobre. Myślałam o sobie jak o kimś, komu zło się raczej nie przydarza. A potem pojawiło się to pytanie, które wszystko zmieniło: a jeśli nie ma ludzi dobrych – są tylko ludzie, którzy jeszcze nie zostali wystawieni na próbę?
To pytanie działa jak kubeł zimnej wody. Nie uderza w tych „złych” – w morderców, oprawców, ludzi, których łatwo wskazać palcem. Uderza w spokój. W pewność siebie. W przekonanie, że dobro jest czymś oczywistym, niemal naturalnym, wpisanym w charakter, a zło przychodzi z zewnątrz – rzadkie, obce, łatwe do rozpoznania.
Bo jeśli wcale tak nie jest?
Jeśli zło nie jest wyjątkiem, lecz możliwością, którą nosimy w sobie wszyscy – niezależnie od intencji, wychowania czy tego, jak widzimy siebie w lustrze? Nie jako gotowość do okrucieństwa, ale jako zdolność do przekraczania granic wtedy, gdy okoliczności sprzyjają. Gdy presja rośnie, gdy strach bierze górę, gdy koszt sprzeciwu wydaje się zbyt wysoki.
Ta myśl uwiera, bo odbiera wygodny podział świata. Zło przestaje należeć wyłącznie do „tych innych”. Przestaje być czymś, na co można patrzeć z bezpiecznej odległości. Zaczyna dotyczyć również mnie i Ciebie.
I wtedy zmienia się perspektywa.
Moralność przestaje być zero-jedynkowa. Dobro i zło nie dzielą już ludzi na „dobrych” i „złych”, lecz na tych, którzy w danym momencie wybrali tak, a nie inaczej. Liczy się sytuacja. Presja. Strach. To, ile kosztuje sprzeciw i jak wiele można stracić. Trudniej wtedy powiedzieć: ja bym tak nigdy nie zrobiła. Łatwiej – i uczciwiej – zapytać: w jakich warunkach mogłabym?
Zło rzadko przychodzi jako nagły wybuch przemocy. Częściej jest procesem. Serią drobnych zgód. Milczeniem, które nic nie kosztuje. Decyzjami, które nie wydają się moralne, tylko praktyczne. Uzasadnieniami w rodzaju „nie miałem innego wyjścia” albo „to nie moja sprawa”. Odwróceniem wzroku, bo temat jest niewygodny albo cudzy. Właśnie dlatego tak trudno je w sobie rozpoznać.
Dla mnie to pytanie było momentem, w którym przestałam ufać własnej pewności. Przestałam wierzyć, że moje dobre intencje same mnie chronią. Najbardziej niepokojące w tej perspektywie jest to, że odbiera alibi niewinności. Nie pozwala już myśleć o sobie wyłącznie w kategorii intencji ani zasłaniać się nimi. Zmusza do przyjęcia odpowiedzialności za możliwości, które w sobie nosimy – nawet jeśli nigdy nie chcemy ich zrealizować.
I dopiero w tym momencie można uczciwie dotknąć dobra.
Bo jeśli zło nie jest cechą „złych ludzi”, to dobro również nie jest cechą „dobrych”. Dobro nie jest stanem, nie jest tytułem ani dowodem moralnej wartości. Dobro jest wyborem – często niewygodnym, często kosztownym, często takim, który nie przynosi satysfakcji ani aplauzu. Dobro nie dzieje się samo. Wymaga czujności, wysiłku i gotowości do sprzeciwu – również wobec siebie. Tak jak zło nie pojawia się nagle, tak dobro rzadko bywa spontaniczne. Zazwyczaj wymaga zatrzymania się tam, gdzie łatwiej byłoby pójść dalej.
Jeśli więc wszyscy jesteśmy zdolni do zła, to wszyscy jesteśmy też zdolni do dobra – ale tylko jako praktyki. Jako decyzji podejmowanych w konkretnych momentach, wbrew wygodzie, wbrew strachowi, wbrew pokusie usprawiedliwiania.
To spojrzenie nie jest ani pocieszające, ani cyniczne. Jest wymagające. Odbiera moralną pewność, ale daje coś innego: odpowiedzialność. Za siebie. Za swoje wybory. Za granicę, która nie przebiega między „nami” a „nimi”, lecz w środku nas.
Być może dlatego to pytanie działa jak zimny prysznic. Bo zamiast zapytać, czy jesteśmy dobrzy, pyta: jak długo – i przy jakim koszcie – potrafimy tacy pozostać?
A to jest pytanie, od którego nie da się już łatwo odwrócić wzroku.








Witaj! Twoja opinia jest ważna.