Jest początek roku. Ten moment, w którym nagle wszystko wydaje się możliwe. Nawet te rzeczy, które jeszcze w grudniu były kompletnie nie do ruszenia. Masz energię, masz pomysły, masz plan – a przynajmniej jego zarys. Od teraz będziesz robić rzeczy lepiej. Inaczej. Porządniej.
Być może sama się z tego trochę śmiejesz. Bo przecież to nie pierwszy raz. Bo wiesz, jak to zwykle wygląda. Znasz ten schemat: entuzjazm, lista, a potem rzeczywistość, która przychodzi bez zapowiedzi i mówi: hej, pamiętasz mnie?
Łatwo wtedy uznać, że noworoczne postanowienia są naiwne. Że to tylko chwilowy zryw. Że nie ma sensu zaczynać „od nowego roku”, bo przecież każdy dzień jest dobry. I to wszystko jest prawdą. Tylko nie całą.
Bo nowy rok faktycznie niczego magicznie nie zmienia. Ale przez chwilę zmienia sposób, w jaki patrzysz na siebie. Łatwiej wtedy pomyśleć, że to, co było, nie musi ciągnąć się dalej dokładnie w tej samej formie. Że można postawić grubą kreskę. I to nie tylko symbolicznie. Nasz mózg naprawdę lubi momenty graniczne, symbole i czyste karty.
To dlatego właśnie teraz chętniej myślimy o zmianie. Nie dlatego, że jesteśmy naiwni albo podatni na marketing motywacyjny – czasem po prostu każdy z nas potrzebuje punktu startu, daty, umownego początku.
Problem pojawia się później, gdy z tego impulsu próbujemy zrobić rewolucję. Chcemy zmienić wszystko naraz, najlepiej od razu i na zawsze. Bo choć nasz umysł lubi poczucie nowego początku, nie znosi, gdy od razu każemy mu zmieniać wszystko – codziennie, na zawsze, bez potknięć. Wielkie postanowienia często nie przegrywają z brakiem silnej woli, tylko z szarą rzeczywistością: dniem, który bywa długi, brakiem siły, życiem, które nie układa się pod plan.
Wtedy łatwo pomyśleć: znowu się nie udało. A może po prostu oczekiwania były za duże? Zmiana rzadko wygląda jak spektakularny zwrot akcji. Częściej zaczyna się od czegoś bardzo niepozornego: jednej decyzji, jednego powtórzenia, jednej rzeczy zrobionej trochę inaczej niż wcześniej. Mózg dużo lepiej radzi sobie z małymi krokami niż z wielkimi deklaracjami.
Zaczynanie od nowego roku wcale nie jest naiwne. Większym ryzykiem bywa tylko przekonanie, że skoro to nowy rok, to wszystko się musi udać od razu. Ten moment ma służyć czemuś innemu – daniu sobie impulsu, zaproszeniu do zmiany, a nie podpisaniu kontraktu, którego nie da się dotrzymać.
Zamiast myśleć o całym roku, sensowniejsze bywa skupienie się na tym, co najmniejsze i możliwe do zrobienia teraz. Co nie wymaga heroizmu, mieści się w zwykłym dniu, nie rozsypie się przy pierwszym potknięciu i można to powtórzyć, nawet jeśli entuzjazm opadnie – bo on opada i to też jest normalne.
Za rok możesz znów stanąć w tym samym miejscu, z podobnymi myślami – to też będzie coś znaczyć. Że wciąż Ci zależy. Że próbujesz. I właśnie w tym jest sens tych wszystkich styczniowych początków.








Witaj! Twoja opinia jest ważna.