Wyobraź sobie, że budzisz się pewnego ranka i wszystko wydaje się dokładnie takie samo jak wczoraj. Ten sam pokój, to samo łóżko, to samo światło wpadające przez okno, ten sam zapach poranka. Przez chwilę nic nie wzbudza Twoich podejrzeń.
A jednak bardzo szybko zaczynasz czuć, że coś się nie zgadza.
Twoje reakcje są nie na miejscu. Słowa, których używasz odruchowo, wywołują zdziwienie albo ciszę. Uśmiechy, które miały być życzliwe, trafiają w próżnię. Gesty uprzejmości odbierane są jako dystans. To, co dotąd było oznaką kultury, nagle wygląda jak brak taktu.
„Ale o co chodzi?!” – ciśnie Ci się na usta. Przecież nie zrobiłeś nic inaczej.
To świat zmienił zasady.
Ludzie patrzą na Ciebie tak, jakbyś czegoś nie rozumiał, jakbyś nie nadążał, jakbyś był trochę nie na miejscu. A Ty wciąż robisz wszystko „tak jak trzeba”, tylko że to „trzeba” przestało obowiązywać.
W tym świecie to, co dotąd uchodziło za normalne, stało się podejrzane. Ostrożność jest słabością. Wątpliwość – niekompetencją. Milczenie – winą. Za to impulsywność budzi zaufanie, a pewność siebie, nawet ta niepoparta niczym, uchodzi za cnotę.
Zaczynasz się zastanawiać, czy to z Tobą jest coś nie tak. Czy przespałeś moment, w którym wszystko się zmieniło? Uświadamiasz sobie, że nie pomyliłeś drogi. Po prostu znalazłeś się w rzeczywistości, która działa według innych zasad. I wtedy pojawia się myśl bardziej niepokojąca niż wszystkie inne: a co, jeśli świat zawsze działał na umowach, tylko nigdy wcześniej nie przyszło Ci do głowy, żeby je kwestionować?
Im jestem starsza, tym mam mniej gotowych odpowiedzi, a coraz więcej wątpliwości. Coraz częściej widzę, że porządek świata, który wydawał mi się naturalny i oczywisty, jest zbiorem umów przyjętych odruchowo. Powtarzanych tak długo, aż zaczęły wyglądać jak prawda.
Normalność nie jest faktem, tylko konsensusem. Nie jest stała – obowiązuje, dopóki nie staje się niewygodna. A może wartości, które uważam za „moje”, zostały mi po prostu przekazane w pakiecie z językiem, miejscem, czasem, w których przyszło mi żyć.
Z wiekiem coraz częściej zastanawiam się, co by było, gdyby wszystko, co dziś wydaje mi się pewne, nagle okazało się niewłaściwe: moje zachowanie, moje przekonania, moje wartości. Gdyby to nie świat musiał się tłumaczyć, tylko ja.
Nie chodzi o drobną zmianę perspektywy, ale o całkowite odwrócenie ról. O moment, w którym to ja staję się „dziwna”. Niezrozumiała. Podejrzana. I nie dlatego, że zrobiłam coś złego, tylko dlatego, że świat przesunął się o kilka stopni w inną stronę.
Te myśli nie prowadzą mnie do relatywizmu ani do przekonania, że nic nie ma znaczenia. Raczej uczą ostrożności. Wolniej przyklejam etykiety. Coraz rzadziej mam pewność, kim są inni – i kim jestem ja sama. Coraz mniej wierzę w deklaracje, a coraz bardziej w próby.
Wierzę, że wiele z naszych wartości nigdy nie zostało sprawdzonych. Łatwo jest być „jakimś”, dopóki życie nie zapyta: czy na pewno?
Z wiekiem uczę się żyć z myślą, że porządek świata jest kruchy. Że opiera się na umowach działających, dopóki wszyscy udajemy, że są niepodważalne. I że największym zagrożeniem nie jest ich rozpad, ale przekonanie, że nigdy do niego nie dojdzie.
Nie wiem, czy te wątpliwości doprowadzą mnie gdziekolwiek. Może nie muszą. Ich rolą jest zatrzymanie. Sprawiają, że zanim nazwę coś oczywistym, zrobię krok wstecz.
Największym przywilejem wieku nie jest pewność, lecz zgoda na to, że można jej nie mieć. Że można żyć bez twardych odpowiedzi, za to z czujnością. Z gotowością, by sprawdzać siebie zamiast świat. I jeśli dziś coś wydaje mi się naprawdę ważne, to właśnie to: nie przeoczyć momentu, w którym „tak po prostu jest” zamienia się w „tak się tylko umówiliśmy” – i mieć odwagę pytać dalej.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.