Parę dni temu postawiłam na blogu tezę, która wydawała mi się raczej intelektualnym ćwiczeniem niż zapowiedzią czegokolwiek osobistego:
„A jeśli nie ma ludzi dobrych – są tylko ludzie, którzy jeszcze nie zostali wystawieni na próbę?”
(czytaj tutaj: ➡️ https://odakapitu.com/2025/12/29/a-jesli-nie-ma-ludzi-dobrych-sa-tylko-ludzie-ktorzy-jeszcze-nie-zostali-wystawieni-na-probe/)
Nie przypuszczałam, że życie odpowie tak szybko.
Zaginęły dwa starsze psy. Znam ich właścicielkę, dlatego od początku wiedziałam, że to nie jest historia, którą da się obserwować z bezpiecznego dystansu. To napięcie, bezradność, to czekanie – wszystko były mi szczególnie bliskie.
Okoliczności były najgorsze z możliwych. Była zima. Spadł świeży śnieg, który pięknie wygląda tylko wtedy, gdy ogląda się go zza okna. Przyszła noc, a z nią mróz. A nad wszystkim wisiała perspektywa Sylwestra: fajerwerków, huku, nagłych wystrzałów światła i dźwięku. Dla ludzi: zabawa. Dla zwierząt: dezorientacja. Dla tych psów – realne zagrożenie.
Przez pierwsze godziny niewiele się działo. Kilka udostępnień. Kilka wiadomości. Potem ktoś napisał, że widział psy w jakimś miejscu. Ktoś inny sprawdził ten trop. Ktoś zadzwonił. Ktoś pojechał.
I nagle okazało się, że tych „ktosiów” jest więcej.
Ludzie zaczęli łączyć siły. Ktoś wsiadł do samochodu i pojechał sprawdzić miejsce, w którym „ktoś coś widział”, choć było jasne, że to może być fałszywy trop. Ktoś inny wyszedł pieszo – w mróz i śnieg – przeszukiwać wały nad rzeką, krzaki, pustostany, place budowy. Miejsca nieprzyjazne nawet w dzień, a co dopiero nocą.
Nikt nie pytał, czyje to psy. Nikt nie zastanawiał się, czy to jego sprawa.
To nie była zorganizowana akcja. Raczej zbiór drobnych decyzji podejmowanych niezależnie, ale prowadzących w tym samym kierunku.
To trwało dłużej, niż ktokolwiek by chciał. Wieczór przeszedł w noc, noc w kolejny dzień. Ludzie wracali w te same miejsca, robili kolejne rundy, dzwonili jeszcze raz. Każdy sygnał był sprawdzany. Ktoś wracał z pustymi rękami. Ktoś jechał ponownie. Ktoś pisał: „sprawdziłam, tam ich nie ma”. Bezinteresownie. Solidarnie. Razem.
I właśnie dzięki temu te psy miały szansę. Nie dzięki jednemu bohaterowi. Nie dzięki szczęściu czy cudownym zbiegom okoliczności. Tylko dlatego, że wiele osób zrobiło to, co w danej chwili było możliwe.
Po dwóch dniach psy wróciły do domu. To był główny cel tej akcji i został osiągnięty. A jednak historia przyniosła coś jeszcze. Pokazała, jak wiele osób włączyło się w coś, co formalnie ich nie dotyczyło. Bez osobistej korzyści. Bez gwarancji, że wysiłek przyniesie efekt.
Ta sytuacja zmusiła mnie do powrotu do tamtej tezy. Może rzeczywiście nie istnieją „ludzie dobrzy” jako osobna, zamknięta kategoria. Może chodzi o to, że w ludziach jest naturalna gotowość do dobra – uśpiona, czekająca, aż ktoś jej naprawdę potrzebuje.
Ta historia zostaje ze mną jako dowód, że solidarność nie jest wielkim hasłem z transparentu. Nie zawsze jest głośna i spektakularna. Czasem jest po prostu czyimś autem w środku nocy. Czyimiś przemoczonymi butami. Czyjąś decyzją, by nie odwrócić wzroku – nawet wtedy, gdy byłoby to najłatwiejsze.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.