Są ludzie, którzy twierdzą, że medytacja zmieniła im życie. Że wystarczy usiąść, zamknąć oczy, skupić się na oddechu i… pstryk – cisza, spokój, przestrzeń, połączenie z czymś większym. Tak przynajmniej próbuje mnie przekonać internet.
U mnie połączenie też się pojawia. Z centralą.
Moje „pstryk” działa jak przycisk w starym magnetofonie. Odpala wszystko naraz. Bez kolejności, bez sensu, bez możliwości zatrzymania. Pauza nie działa. Kiedy próbuję wyłączyć głowę, ona traktuje to, jak sygnał do rozpoczęcia operacji specjalnej. Robi to bez instrukcji, za to z pełnym zaangażowaniem.
Medytacja u mnie nie zaczyna się od „tu i teraz”. Zaczyna się od: a skoro już siedzimy, to może zaplanujemy najbliższe siedem dni.
Najpierw pojawia się lista spraw do załatwienia. Potem poprawiona wersja tej listy, bo pierwsza była zbyt optymistyczna. Następnie alternatywny scenariusz, w którym wszystko robię lepiej, mądrzej i bez konieczności odkładania na później.
Zanim zdążę wziąć trzeci świadomy oddech, wiem już: co ugotuję w czwartek, dlaczego tamta rozmowa sprzed trzech lat powinna była wyglądać inaczej, i że zapomniałam odpisać na wiadomość, którą czytałam tydzień temu.
Zamiast wyłączenia – odtwarzanie. Playlista losowa, bardzo osobista, z hitami, których nie zamawiałam.
Próbuję wrócić do oddechu. Wdech. Wydech. Wdech… i nagle przypominam sobie, że przecież miałam kupić papier do pieczenia. Tydzień temu. I to wiele tłumaczy.
Instrukcje mówią: pozwól myślom odpłynąć. Moje nie odpływają. One siadają w kółku i robią zebranie. Z podziałem na sekcje, dygresje i wnioski końcowe.
Na tym etapie zaczynam podejrzewać, że nie jestem niecierpliwa ani wystarczająco uduchowiona. Po prostu moja głowa nie zna pojęcia „nicnierobienie”. Ona zna pojęcie: skoro mamy chwilę, to ją zagospodarujemy.
Jestem kompletnie niepodatna na medytację w wersji poradnikowej. Nie ma u mnie pustki, białego światła ani wewnętrznej ciszy. Jest narracja. Ciągła. Z komentarzem autora.
I coraz mniej mnie to martwi. Może nie każdy musi się wyciszać w ten sam sposób. Może moja wersja „tu i teraz” wygląda tak, że siedzę w ciszy, a w głowie leci serial pod tytułem Moje Myśli: Sezon 12.
Nie zostanę guru. Nie poprowadzę nikogo do oświecenia. Nie mam mantry. Mam poczucie humoru wobec samej siebie. Na razie to wystarcza.
Moja medytacja polega na zauważeniu tego, że nie muszę być kimś innym, żeby być „wystarczająca”. Nawet jeśli moja głowa nigdy nie zamilknie – może wystarczy, że przestanę z nią walczyć.
Myślę, że tu nie chodzi o zmianę, chodzi o akceptację.
Bo jeśli medytacja ma mnie czegoś nauczyć, to chyba właśnie tego, że nie muszę się wyłączać, żeby być obecna. Nawet jeśli zamiast ciszy mam wewnętrzny podcast – to nadal jest moje „tu i teraz”.
A jak to wygląda u Ciebie? Cisza… czy raczej kolejny odcinek?







Witaj! Twoja opinia jest ważna.