Energia o lokalnym zasięgu, czyli dlaczego nie czuję transcendencji

Z moich obserwacji wynika, że joga ma dziś bardzo konkretną oprawę: dużo światła, jeszcze więcej spokoju, bose stopy i ktoś, kto właśnie „wrócił do siebie”. Najlepiej w lnianych spodniach. W tle delikatna muzyka i cytaty o energii, która płynie, jeśli tylko odpowiednio się na nią otworzymy. Internet uwielbia tę wersję. Jest estetyczna, spokojna i – co najważniejsze – klikalna. Zwłaszcza jeśli światło pada pod właściwym kątem, a życie akurat nie.

Joga bardzo często sprzedawana jest dziś w pakiecie: ruch, filozofia, nowy styl życia i obowiązkowa narracja o transformacji. Jakby samo ćwiczenie było podejrzanie niewystarczające. Jakby bez obietnicy przemiany nie wypadało się nawet spocić. A ja wolę wersję prostą. Przychodzę, robię swoje i wracam do świata, w którym nikt nie pyta mnie o czakry, ani nie sprawdza, czy moje „ja” właśnie się rozwinęło.

Ostatnio do tego zestawu dołączyła jeszcze tantra. Oczywiście w wersji zachodniej, czyli takiej, która niewiele ma wspólnego z tradycją, a bardzo dużo z marketingiem. Duchowość uproszczona, wygładzona i zapakowana tak, żeby zmieściła się w weekendowym warsztacie albo w kursie online z obietnicą „głębokiego doświadczenia”. Najlepiej zaczynającego się w piątek po pracy i kończącego w niedzielę wieczorem, zanim zdąży realnie namieszać w życiu.

Żeby było jasne: nie neguję tantry ani jogi jako praktyki. Neguję raczej sposób, w jaki sprzedaje się je jako produkt. Trochę mistyki, trochę tajemnicy, dużo obietnic. Najlepiej takich, których nie da się do końca zweryfikować, ale brzmią wystarczajaco atrakcyjnie, żeby kliknąć „kup teraz” i przez chwilę poczuć, że robi się coś bardzo dobrego dla swojego wnętrza. Nawet jeśli to wnętrze za moment wróci do tych samych problemów – tylko z nowym, bardziej egzotycznym słownictwem. Jeśli ktoś potrzebuje takiej „dostawy duchowej” – proszę bardzo. Ja zostaję przy wersji podstawowej. Bez newsletterów, treści premium i bonusowych medytacji.

Na macie nie czekam na duchowe objawienie. Czekam raczej na moment, w którym plecy przestaną mi przypominać, ile godzin spędzam przy biurku. Na chwilę, w której ciało dostaje uwagę, zanim znów zostanie wysłane do zadań specjalnych. Jeśli przy okazji głowa się uspokoi – świetnie. Jeśli nie – trudno. Przynajmniej coś się rozciągnęło i nie strzeliło przy schylaniu się po buty.

Kiedy słyszę „poczuj przepływ energii” albo „obudź swoją kundalini”, zwykle czuję łydkę. Albo pośladek. Zależnie od pozycji. Energia, jak widać, ma u mnie bardzo lokalny zasięg i nie wykazuje szczególnych ambicji transcendentalnych. Wiem, że w klasycznej tradycji kundalini to uśpiona energia w kręgosłupie, która może prowadzić do głębokiej świadomości. W wersji internetowej często występuje raczej jako hasło marketingowe: „obudź energię w weekend”, „zwiększ wibracje w trzech krokach” – i tyle. I nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Moja joga jest raczej anatomiczna niż metafizyczna.

Nie potrzebuję mantr, żeby oddychać. Nie potrzebuję kadzidełek, żeby się skupić. A jeśli oświecenie kiedyś przyjdzie, podejrzewam, że nie wydarzy się to na macie – raczej w kolejce do kasy, w korku albo w zupełnie niepozornym momencie, kiedy nie będę miała na sobie lnianych spodni.

Ćwiczę w domu. Mata leży tam, gdzie akurat było miejsce. Czasem obok stoi kubek z kawą, czasem telefon, którego nie wyciszam. Pies uzaje, że to idealny moment, żeby skontrolować, czy na pewno wszystko robię poprawnie, i ewentualnie skorygować mnie nosem. A ja próbuję utrzymać pozycję, udając – przed sobą i przed nim – że wszystko jest pod kontrolą. I to jest bardzo realna praktyka uważności.

Lubię jogę, bo jest konkretna. Naprawdę bardzo dużo dała mojemu ciału. Nie obiecuje nowego życia ani duchowej rewolucji. Obiecuje lepsze czucie ciała – i zwykle się z tego wywiązuje. Joga bez duchowego zadęcia wciąż działa. Joga bez pakietu premium wciąż ma sens. Jeśli ktoś przychodzi na matę tylko po to, żeby poczuć się trochę lepiej we własnym ciele, to naprawdę wystarczający powód.

W świecie, który próbuje sprzedać nam wszystko jako drogę do lepszego „ja”, czasem największym luksusem jest prostota. I fakt, że nikt nie próbuje jej opakować w doświadczenie.

A Twoja joga też działa w trybie „plecy najpierw, oświecenie może poczekać”, czy tylko ja tak kombinuję? Jak wygląda Twoja codzienna praktyka? Może masz swoje rytuały, swoje sposoby na uważność?

Witaj! Twoja opinia jest ważna.

Witaj! Twoja opinia jest ważna.

Od akapitu, od słowa, od serca

Witaj na mojej stronie. W miejscu, gdzie słowa mają znaczenie.

Pisanie to dla mnie przede wszystkim pasja i sposób wyrażania siebie. To ważna część życia. Uwielbiam czas, kiedy mogę zatrzymać myśli, podzielić się refleksjami i opowiedzieć historie, które noszę w sercu.

Tu znajdziesz opowieści o codzienności, o życiu, które czasem jest pełne nadziei, a czasem nieźle daje w kość. To przestrzeń szczerości i prawdy, bez zbędnych ozdobników.

Na tej stronie będę też dzielić się swoją twórczością – opowiadaniami, bajkami, wierszami i książkami, które powstają na moim biurku.

Zapraszam Cię do wspólnej podróży. Niech słowa połączą nas w tym, co najważniejsze.