Dzisiaj na blogu pojawia się setny wpis. Sto momentów, w których siadłam przy ekranie i dałam się ponieść myślom, emocjom i słowom. Nie analizowałam, ilu czytelników przeczytało każdą literę, ilu przerwało w pół zdania. Liczyło się jedno: bycie tu, teraz, w tym akapicie, z tym doświadczeniem.
Setny wpis to nie triumf popularności ani liczba, która miałaby coś znaczyć. To świadectwo drogi – pisania, poszukiwania głosu, chwili uważności dla siebie i dla kogoś, kto przeczyta.
Zastanawiam się, o czym powinien być ten jubileuszowy tekst. O czym pisać, kiedy liczba sama w sobie wydaje się znacząca, a zarazem nic nie mówi?
Postanowiłam, że bohaterem dzisiejszego wpisu będzie 100. Liczba pełna, zamknięta, równa i okrągła. Sto. Pełnia możliwości, pełnia chwil i decyzji, dzięki którym te słowa w ogóle powstały. Sto wpisów, sto momentów, w których myśli domagały się ujścia.
Sto to też przypomnienie o przemijaniu.
Za sto lat nie będzie tu nikogo z nas. Nawet noworodków urodzonych dziś – tych, które dopiero uczą się świata i dla których wszystko jest początkiem. Nasze istnienia rozpuszczą się w czasie szybciej, niż sądzimy.
Domy zmienią właścicieli, nasze pokoje wchłoną inne głosy, ktoś przemaluje ściany, które dziś są nasze. Na blacie Twojego biurka ktoś inny postawi swój komputer. Szafy będą przechowywać cudze historie. Kubki, z których pijemy poranną kawę – ten z niebieską gwiazdką, po której zawsze wodzisz palcem – wyszczerbią się w czyichś obcych dłoniach.
Zdjęcia, które dziś są dowodem istnienia – te z waszego pierwszego spaceru nad rzekę – za sto lat będą tylko papierem albo pikselami bez znaczenia. Ktoś spojrzy i zapyta: kim oni byli? – i nie znajdzie odpowiedzi. Twarze stracą imiona, a chwile, które wydawały się najważniejsze, nie pozostawią po sobie żadnego echa.
To myśl, która potrafi przeszyć chłodem. Całe nasze staranie o sens, o porządek, o pamięć okazuje się kruche jak szkło.
Jednak – skoro wszystko mija – każda obecność staje się wydarzeniem jednorazowym i niepowtarzalnym. Takim, które nie będzie miało swojej repliki ani powtórki. To spotkanie, ta rozmowa, ten moment – istnieją tylko raz. Nigdy więcej w tej samej konfiguracji ludzi, emocji, światła i czasu.
Sens nie leży więc w tym, żeby zostać zapamiętanym. Chodzi o to, żeby naprawdę być – zanim znikniemy. Być dla siebie nawzajem świadkami istnienia. Ktoś widział czyjeś wzruszenie, czyjś śmiech. Ktoś był obok, gdy czyjś świat na chwilę tracił równowagę. Takie rzeczy nie przechodzą do historii, ale zmieniają strukturę czyjegoś życia.
Dlatego przemijanie nie musi być opowieścią o stracie. Może być przypomnieniem, że nic nie jest oczywiste ani dane na zawsze. Zwyczajność – wspólny posiłek, rozmowa przed snem, czyjaś dłoń na ramieniu – to formy istnienia, które mają swoją wagę właśnie dlatego, że są chwilowe.
Za sto lat nie będzie nikogo z nas, ale teraz jesteśmy. Oddychamy tym samym powietrzem epoki, myślimy, czujemy, próbujemy zrozumieć siebie nawzajem. I to wystarczy. Nie potrzebujemy niczego więcej niż świadomości, że przez krótką chwilę w historii świata byliśmy dla kogoś realni. Świat poradzi sobie bez naszej obecności. Może więc warto przestać żyć tak, jakby czas był nam dany bez końca…
Setka wpisów. Sto chwil, które mogły się zdarzyć tylko raz.








Witaj! Twoja opinia jest ważna.