Od tygodnia próbuję napisać tekst o sensie. Nie o jego definicji ani metodach odnalezienia. O samym sensie – a właściwie o tym, że wymyka się językowi. Im dłużej nad nim siedzę, tym bardziej każde zdanie okazuje się za ciasne.
Pisanie o sensie zakłada, że sens jest dostępny, że gdzieś czeka w stanie gotowości, aż go nazwiesz, opiszesz i przekażesz dalej. Tymczasem bywają momenty, w których sens nie znika, lecz nie odpowiada na wołanie. Pytanie trafia w próżnię.
To miejsce trudne do myślenia. Jeszcze trudniejsze do pisania. Język lubi porządek i ciągłość. Brak sensu nie spełnia tych warunków. Nie jest logiczny ani elegancki. Jest lepki, nieforemny, pozbawiony struktury. Nie prowadzi do konkluzji. Nie daje się zamknąć w puencie.
Można oczywiście próbować go wygładzić. Napisać tekst, który brzmi mądrze i bezpiecznie. Taki, w którym sens zawsze gdzieś czeka – po drugiej stronie cierpliwości, pracy nad sobą albo odpowiedniego nastawienia. Tekst, który daje czytelnikowi poczucie, że wszystko ostatecznie „się składa”. Ale to byłoby nadużycie. Nie intelektualne – etyczne.
Trzeba pogodzić się z tym, że są chwile, w których sens nie przychodzi. I mówienie wtedy, że „wszystko ma jakiś sens”, brzmi jak fraza wypowiedziana z bezpiecznej odległości.
Problem nie w tym, że nie umiem pisać o sensie. Sens nie zawsze jest treścią. Czasem jest pytaniem, które trzeba unieść bez odpowiedzi. Albo napięciem, w którym się pozostaje – nie uciekając ani w cynizm, ani w pocieszenie. Zbyt często próbujemy pisać z miejsca, w którym sens został już rozstrzygnięty. A są doświadczenia, które nie chcą być rozstrzygnięte.
W takim stanie pisanie zmienia charakter. Nie jest próbą wyjaśniania świata ani nadania mu spójnej formy. Staje się sposobem pozostawania w napięciu: między potrzebą znaczenia a faktem, że znaczenie nie zawsze jest dostępne. Między pytaniem „po co” a skromniejszym, ale uczciwszym pytaniem „jak”.
Jak myśleć, gdy nie ma konkluzji?
Jak mówić, nie popadając ani w cynizm, ani w tanie pocieszenie?
Jak nie zdradzić doświadczenia, próbując je opisać?
Pisanie w takim stanie nie przynosi ukojenia. Często nie przynosi nawet jasności. Ma jednak inną wartość: nie upraszcza tego, co złożone, nawet jeśli uproszczenie przyniosłoby ulgę. Odmawia zmiany niepewności w tezę, a bólu w argument.
Dlatego ten tekst nie jest o tym, czym jest sens. Jest zapisem próby – uporczywej i niewygodnej – pisania, gdy sens nie daje się potwierdzić. O pisaniu, które nie chce być dowodem ani argumentem, lecz uczciwym zapisem myślenia w trakcie. Myślenia, które nie ma gwarancji, że dokądkolwiek doprowadzi.
Sens nie jest czymś, co się znajduje. Jest raczej czymś, czego czasem nie wolno udawać. Czymś, co wymaga powściągliwości zamiast deklaracji.
A jeśli tak, to milczenie, wahanie, nieudana próba napisania tekstu również są jego częścią. Nie jako porażka, lecz jako ślad uczciwości wobec momentu, w którym pytanie zostaje bez odpowiedzi. I właśnie tu – w tej niepewności – sens, jeśli w ogóle istnieje, bywa najbliżej.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.