Czasem nachodzi mnie pokusa, żeby zajrzeć do kalendarza nietypowych świąt. To trochę jak otwieranie pudełka z losami: nigdy nie wiadomo, co wypadnie. Dzień Przytulania Kota, Dzień Walki na Poduszki, Dzień Bez Skarpetek – ludzka wyobraźnia w tej dziedzinie naprawdę nie zna granic.
Dzisiaj jednak kalendarz zafundował mi zestawienie szczególne: Dzień Doceniania i Dzień Teściowej.
Nie wiem, kto to wymyślił, ale aż się prosi o mały eksperyment myślowy. Czy można jednego dnia połączyć te dwa święta i spokojnie, bez zgrzytów, docenić swoją teściową? Brzmi to trochę jak wyzwanie z kategorii tych, które socjologowie mogliby badać przez kilka lat, a komicy wykorzystywać przez całe kariery.
Bo przecież teściowa to w naszej kulturze postać niemal mityczna. Funkcjonuje gdzieś pomiędzy bohaterką dowcipów, postrachem młodych małżeństw i nieocenioną pomocą w sytuacjach kryzysowych. W zależności od dnia, pory roku i temperatury emocji w rodzinie – bywa wszystkim po trochu.
Ja miałam teściową, którą traktowałam jak drugą mamę.
Tak, wiem – brzmi to trochę jak zdanie wycięte z poradnika o budowaniu harmonijnych relacji rodzinnych. Ale prawda była znacznie mniej podręcznikowa. To był serial. Gdybym miała opisać naszą relację gatunkowo, powiedziałabym: trochę sitcom, trochę dramat obyczajowy, a momentami nawet filozofia życia przy kuchennym stole.
Nie zawsze się zgadzałyśmy. Miałyśmy różne temperamenty, różne przyzwyczajenia i – co nie jest bez znaczenia – wychowałyśmy się w innych czasach. Czasem dochodziło do starć. Niekiedy drobnych, jak potyczka o to, czy lepsze są kotlety mielone, czy schabowe (ta historia przeszła już do rodzinnych legend). Innym razem poważniejszych, kiedy każda z nas była święcie przekonana o swojej racji.
Ale nawet wtedy, kiedy się spierałyśmy, było w tym coś bardzo ludzkiego. Nie chodziło o wygraną. Raczej o to, żeby spróbować się nawzajem zrozumieć. Choć trzeba przyznać, że czasem dochodzenie do porozumienia przypominało negocjacje na forum ONZ – z przerwami, wznowieniami obrad i chwilowym zawieszeniem broni.
Były też momenty zupełnie inne. Kiedy łapałyśmy się na tym, że śmiejemy się z tych samych absurdów. Z rodzinnych historii, z własnych pomyłek, z drobiazgów dnia codziennego. Wtedy różnice przestawały mieć znaczenie.
Z biegiem czasu zaczęłam rozumieć coś jeszcze. Relacje rodzinne rzadko są idealne – i chyba dobrze. Bo to właśnie w tych drobnych tarciach, rozmowach i próbach dogadania się kryje się prawdziwa wartość. Idealne relacje są trochę jak zdjęcia z katalogu – ładne, ale jednak mało prawdziwe.
Pod koniec jej życia nasza relacja zmieniła się w sposób, którego wcześniej nie umiałabym sobie wyobrazić.
Stałam się jej towarzyszką odchodzenia.
To bardzo szczególny czas. Taki, w którym znikają role, przyzwyczajenia, a nawet dawne urazy. Zostaje coś znacznie prostszego – obecność drugiego człowieka.
Byłyśmy wtedy po prostu sobą. Bez udawania, bez masek, bez zastanawiania się, czy coś „wypada”, czy „nie wypada”. Czasem rozmawiałyśmy długo. Czasem siedziałyśmy w ciszy. I ta cisza wcale nie była pusta.
To był chyba najbardziej intymny i prawdziwy czas naszej relacji.
Dzisiaj zdarza mi się złapać na dziwnym odruchu. Myślę o czymś zupełnie zwyczajnym – o pogodzie, o jakiejś drobnej sprawie, o czymś, co kiedyś pewnie bym jej powiedziała – i przez ułamek sekundy mam ochotę sięgnąć po telefon. Po prostu zadzwonić.
A potem przypominam sobie, że tego telefonu już nie będzie.
Los bywa przewrotny, bo życie ma poczucie humoru. Sama jestem już teściową.
I powiem szczerze: to bardzo interesująca rola. Człowiek nagle zaczyna patrzeć na świat z zupełnie innej strony stołu. Widzisz młodych ludzi, ich pomysły, ich sposób życia – często zupełnie inny niż Twój – i uczysz się jednej bardzo ważnej rzeczy.
Dystansu.
Docenianie wcale nie musi oznaczać wielkich gestów. Czasem wystarczy trochę cierpliwości. Czasem odrobina milczenia zamiast dobrej rady. A czasem po prostu poczucie humoru.
Dlatego w tym osobliwym dniu, kiedy kalendarz zestawił ze sobą Dzień Doceniania i Dzień Teściowej, przychodzi mi do głowy prosta myśl.
Jeśli masz teściową – nawet taką, która kiedyś potrafiła doprowadzić Cię do białej gorączki – zadzwoń. Napisz. Wpadnij na herbatę.
Bo kiedyś może się okazać, że najbardziej brakuje właśnie tych zwykłych rozmów. O pogodzie. O obiedzie. O niczym szczególnym.
A takich rozmów nie da się już potem odzyskać.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.