Są zdania, które przeszły do historii. Jedno z nich padło gdzieś między Ziemią a Księżycem: „Houston, mamy problem”. Wypowiedziane spokojnie, choć sytuacja wcale spokojna nie była. Od tamtej pory to zdanie stało się uniwersalnym komunikatem na każdą życiową katastrofę – od poważnych kłopotów po przypalone naleśniki.
Pech w ogóle ma swoje klasyki: stłuczone lustro, czarny kot przebiegający drogę, rozsypana sól, drabina, pod którą absolutnie nie wolno przechodzić. Nie zapomnijmy też o wstawaniu lewą nogą. Gdyby to wszystko zebrać, powstałaby całkiem ciekawa kolekcja ludzkich obaw. Trochę jak w kuchni starego alchemika: wrzucamy różne składniki do kotła, mieszamy je łyżką przesądów i po chwili para nad garnkiem układa się w gotową opowieść o nadchodzącym pechu.
Przesądy właściwie powstały po to, żeby nadać chaosowi sens. Jeśli coś pójdzie źle, łatwiej powiedzieć: „to przez trzynastkę”, niż przyznać, że życie bywa po prostu… życiem. Przypadkowym, nieprzewidywalnym, a czasem – jeśli spojrzeć z odpowiedniej strony – nawet całkiem zabawnym.
Dwa dni temu był piątek trzynastego. Dzień, który brzmi jak ostrzeżenie: „Tu może wydarzyć się coś pechowego!”. Liczba 13 od dawna ma kiepską reputację – niektóre hotele pomijają trzynaste piętro, w samolotach czasem nie ma rzędu trzynastego.
Nigdy nie byłam szczególnie przesądna. Raczej patrzyłam na to wszystko z przymrużeniem oka. Ale przyznam szczerze – kiedy tego poranka stłukłam lustro, coś mnie przez chwilę zaniepokoiło. Według dawnych wierzeń stłuczone lustro oznacza siedem lat nieszczęścia. W starożytnym Rzymie wierzono, że życie człowieka odnawia się w siedmioletnich cyklach, więc uszkodzenie lustra miało naruszać tę równowagę. Czyżby właśnie naruszyło moją?
Przez moment pomyślałam, że piątek trzynastego zaczyna się wręcz podręcznikowo. W kolejnych minutach analizowałam, którą nogą wstałam z łóżka i wyszło mi, że dokładnie tą, którą nie powinnam. Na szczęście spotkanie na swojej drodze czarnego kota mogłam raczej wykluczyć, bo moje domowe mruczki są w jasnych barwach. Chyba się tu jeszcze nie chwaliłam, że moja rodzina powiększyła się o dwa adoptowane kociaki :).
Potem poszłam na pocztę. I tam trafiłam na sytuację, która miała wszelkie zadatki na małą katastrofę. Okienko puste, pani robi przerwę, a jedna z petentek zaczyna się głośno awanturować. Po chwili próbuje wciągnąć mnie w spór, przekonując, żebym stanęła po jej stronie. Stałam tam, myśląc: „Jedno słowo i wybuchniemy wszyscy jak popcorn w mikrofalówce”.
Mogłam założyć: „No tak. Piątek trzynastego. Zaczyna się”. Ale uczyniłam coś bardzo prostego. Wyszłam i zrobiłam sobie spokojny spacer do kolejnej poczty. Tam bez żadnego problemu załatwiłam swoją sprawę.
A potem przyszła sobota 14. i życie postanowiło pokazać swoją prawdziwą twarz – tym razem w sklepie. Piramida kartonów z psią karmą przewróciła się prosto na mnie. Butelki wody leciały jedna po drugiej niczym domino. Chleb wysypał mi się z krajalnicy, a przy kasie spadł słoik, którego zawartość rozprysnęła się w promieniu kilku metrów. Kasa wydała ostrzeżenie: „Produkt został zabrany ze strefy pakowania”. Pracownik spojrzał na mnie, a ja oznajmiłam spokojnie, że produkt właściwie… sam się zabrał.
W tym momencie miałam wybór. Mogłam wyjść ze sklepu z poczuciem, że wszystko się sprzysięgło i szukać dowodów na to, że świat jest wrogi. Mogłam wkurzyć się, wciągnąć w dramat i przeżywać każdą przewróconą butelkę jak osobistą katastrofę. Zamiast tego wzięłam głęboki oddech, spojrzałam na zamieszanie wokół siebie i… zaczęłam się śmiać. Dystans okazał się znacznie przyjemniejszy niż oskarżanie wszystkiego dookoła.
I wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Może z pechem jest inaczej, niż mówią przesądy. Niektóre sytuacje rzeczywiście pojawiają się na naszej drodze, ale to od nas zależy, czy w nie wejdziemy. Potłuczone lustro mogło pięknie potwierdzić tę historię o siedmiu latach nieszczęścia. Ale ja wybrałam inną narrację.
Okazało się, że piątek trzynastego był całkiem przyzwoity. Były dobre rozmowy, życzliwe spotkania i zwykłe sprawy, które po prostu się udały. Sobota 14. – choć zaczęła się chaotycznie – do końca dnia już nie przygotowała dla mnie żadnych niemiłych niespodzianek.
Jeśli ktoś mnie zapyta, czy wierzę w pechową trzynastkę, odpowiem chyba tak: czasem życie mówi: „Houston, mamy problem”. Ale równie często daje szansę, żeby odpowiedzieć: „Spokojnie. Damy sobie radę”.
To nie liczby ani przesądy decydują o naszym pechu – to nasze reakcje i dystans do chaosu.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.