Czasem myślę o życiu jak o abonamencie.
Rodzimy się i dostajemy pakiet do wykorzystania. Coś w rodzaju konta, z którego przez lata korzystamy. Z niego czerpiemy, dysponujemy, podejmujemy decyzje, inwestujemy, tracimy. Idziemy przez życie, a środki na tym koncie albo rosną, albo powoli topnieją.
W tej wizji wiele zależy od nas. Od naszych decyzji, wysiłku i odwagi. Możemy część środków zainwestować w coś, co przyniesie zwrot. Możemy też je roztrwonić albo zużyć na codzienne funkcjonowanie.
To bardzo kusząca metafora. Daje poczucie kontroli nad własnym losem. Jeśli komuś się powiodło, łatwo powiedzieć: dobrze zarządzał swoim kontem. Jeśli komuś się nie powiodło – można uznać, że popełnił błędy.
Problem polega na tym, że ta wizja jest tylko częściowo prawdziwa. Zakłada bowiem coś, co w rzeczywistości rzadko się zdarza: że całkowita odpowiedzialność za stan naszego życiowego konta spoczywa wyłącznie na nas.
Tymczasem na to konto wpływa ogromna liczba rzeczy, których nie wybieramy. Moment urodzenia. Miejsce. Rodzina. Zdrowie. Ludzie, których spotykamy na swojej drodze. A także zdarzenia, które przychodzą nieproszone: kryzysy, przypadki, nieprzewidziane zwroty. Czasem także coś tak trudnego do uchwycenia, jak szczęście – albo jego brak.
Niektórzy zaczynają z większym kapitałem startowym. Inni z dużo mniejszym. Jedni trafiają na sprzyjające okoliczności, inni na przeszkody, które pochłaniają ogromną ilość energii.
Zdarza się też, że ktoś przez lata pracuje bardzo ciężko, podejmuje rozsądne decyzje, robi wszystko, co w jego mocy, a mimo to ma wrażenie, że jego środki powoli się wyczerpują.
Z zewnątrz można to łatwo ocenić. Powiedzieć, że ktoś źle zarządzał swoim życiem. Że mógł postąpić inaczej. Tylko że taka ocena jest często uproszczeniem. Nie widzimy przecież wszystkich czynników, które wpływają na czyjeś życie. Nie znamy kosztów, jakie ktoś poniósł po drodze.
Jest jeszcze jeden aspekt tej metafory, o którym rzadko się myśli. W życiu bardzo często patrzymy tylko na jedną walutę. Najczęściej są to pieniądze. Sukces zawodowy. Status społeczny. Widoczne osiągnięcia. Jeśli tej jednej waluty jest mało, zaczynamy wierzyć, że nasze konto jest prawie puste.
A przecież życie składa się z wielu różnych „walut”.
Są takie, które łatwo policzyć. I takie, których policzyć się nie da. Do tych drugich należy choćby wrażliwość. Doświadczenie. Umiejętność patrzenia na świat głębiej niż powierzchnia zdarzeń. Zdolność rozumienia rzeczy, które dla innych pozostają niewidoczne. Czasem także umiejętność tworzenia czegoś z niczego. Zamieniania przeżyć w myśl. Myśl w słowo. Słowa w opowieść.
Te zasoby rzadko są spektakularne. Trudno je policzyć albo porównać.
Kultura, w której żyjemy, nie zawsze potrafi je dostrzec. Częściej nagradza to, co mierzalne i widoczne. To, co daje się przeliczyć na liczby. Dlatego ktoś może przez lata mieć poczucie, że jego konto jest prawie puste. Że niewiele zdołał zgromadzić. Że jego wysiłki nie przyniosły efektu, który można by nazwać sukcesem. A jednak w tym samym czasie może posiadać zasoby, które dla kogoś innego byłyby bezcenne.
W życiu bywa i tak, że przez długi czas tylko wypłacamy. Energię. Czas. Siły. Inwestujemy w rzeczy, które nie przynoszą natychmiastowego zwrotu. Przechodzimy przez doświadczenia, które raczej nas uszczuplają, niż wzbogacają.
Dopiero po latach okazuje się, że coś jednak zostało. Coś, czego wcześniej nie potrafiliśmy dostrzec. Wtedy zaczyna się zwrot z inwestycji, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Nie zawsze w takiej formie, jakiej byśmy chcieli. Nie zawsze wtedy, kiedy na to czekamy. Ale czasem jednak coś wraca.
I właśnie to jest najbardziej nieprzewidywalna część tego dziwnego abonamentu, który dostajemy na początku życia. Bo choć nie mamy kontroli nad tym, ile znajduje się na naszym koncie, wciąż mamy wpływ na jedno:
na to, jaką wartość nadajemy temu, co na nim jest.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.