Pragnienie
Wyjść z domu, pójść przed siebie, gdziekolwiek oczy poniosą,
zdjąć z ramion życia ciężar i oddać w opiekę niebiosom,
zapaść się w ciemne przestrzenie – własnego, obcego wnętrza,
zachłysnąć się swoim oddechem, łyknąć brudnego powietrza,
przywrócić wolność głosowi, co więźniem jest w mojej krtani,
i przywdziać grubą skórę, by nikt mnie więcej nie zranił,
nie dźwigać cudzych pragnień, gdy ktoś moje własne ma za nic,
wyruszyć w podróż ku sobie – bez celu, sensu i granic,
nie kryć się wiecznie przed światem, wreszcie się życiem nasycić,
jak ostatniej deski ratunku – nadziei mocno się chwycić,
i przyznać przed samą sobą, że moje życie coś warte,
że jestem wciąż dzieckiem Bożym, nie lichym Bożym bękartem.

Sploty
Tkając gobelin mojego życia,
wciąż kłuję spracowane palce do krwi.
Na wielkich krosnach pojawia się obraz,
utkany ze zdarzeń i momentów mojej egzystencji.
To one kształtują moją tożsamość,
to one definiują, kim jestem naprawdę.
Misternie splatam je w skomplikowany wzór:
kawałki, chwile, okruchy, emocje,
splecione ze wspomnieniami i doświadczeniem.
Radość przeplata się z poczuciem smutku,
małe sukcesy krzyżują się z wielkimi porażkami.
Chmurna młodość miesza się z posępną starością,
a niedawne wczoraj przykrywa niepewne dziś.
Bajeczna słodycz miesza się z cierpką goryczą,
złożoność oplata naturalną prostotę.
Nowe mija się z tym, co dawno przeminęło,
a wątek wciąż plącze się z osnową.
Na gładkiej strukturze pojawiają się supły.
Tkając ręcznie, splatam te nici we wzory,
wciąż próbując stworzyć z nich dzieło sztuki.






