Gdyby w kalendarzu istniał Dzień Metafory, pewnie obchodziłabym go w towarzystwie poezji, dymu z kadzidełek i niepokojąco dużej ilości wina. Uwielbiam metafory! I wiem, że trochę nadużywam. Metafor. Nie wina.
Metafory to przecież takie cudowne stwory językowe, które pozwalają nam powiedzieć: „rozkwitam jak storczyk z Lidla”, zamiast zwyczajnego „mam dziś dobry dzień”. Jednak nie oszukujmy się – nie każda metafora rozkwita jak wspomniany storczyk. Niektóre więdną po dwóch zdaniach, inne usychają jeszcze przed publikacją. Bo dobra metafora sprawia, że człowiek kiwa głową z zachwytem i stwierdza: „Ooo, to trafne!”. A zła? Zła przynosi tylko spojrzenie w sufit i westchnienie: „Czy ja coś przegapiłem”.
Kiepska metafora wygląda jak nieudany tatuaż. Miało być symbolicznie, a wyszło jak wspomnienie o błędzie młodości. „I Love Jola” być może miało sens, dopóki Jola była w pobliżu. Potem pojawia się Ola. I to jeszcze da się uratować, przerabiając „J” na kwiatek albo coś w tym rodzaju. Ale kiedy Ola życzy sobie, by mówić do niej pełnym imieniem: Aleksandra… tego już nie uratuje żaden artysta, choćby miał cały alfabet i nieograniczone zasoby tuszu.
Mam czasem wrażenie, że moje teksty to mały rezerwat metafor. One tam żyją, rozmnażają się i mają się doskonale. Niektóre są niegroźne – siedzą cicho w akapicie, udają ozdobniki. Inne niestety wychodzą na pierwszy plan bez zapowiedzi i nagle robi się dramat. Chciałam tylko napisać, że jestem zmęczona, a wychodzi mi coś w stylu: „Noszę w sobie szarą melancholię listopada”. Serio? Brzmi jak tytuł albumu poezji śpiewanej z 2004 roku.
Metafory są jak przyprawy – odrobina dodaje smaku, ale łyżka chili w herbacie to już przesada. A jednak wszyscy lubimy nimi szastać. Czasem coś przemycimy w mailu, czasem w rozmowie, a czasem na blogu, gdzie pisząca z uśmiechem wklei zdanie, które miało być głębokie, a wyszło… niezdarnie.
Największy problem z metaforami polega na tym, że wystarczy, że jakaś się uda. Ktoś powie: „Trafiłaś w punkt”. I już po Tobie. Zaczynasz wierzyć, że każde zdanie powinno brzmieć jak haiku i błyszczeć jak cytat z poezji. A potem siedzisz nad tekstem tak abstrakcyjnym, że sama zdajesz sobie sprawę, że Cię poniosło.
One mają w sobie coś uzależniającego. Każda nowa wydaje się lepsza od poprzedniej. Najpierw robisz delikatne porównanie, potem coś śmielszego, a nim się obejrzysz, już przemycasz zdania, w których „miłość zostawia rachunki na parapecie wspomnień”. Nie, nie mam pojęcia, co to znaczy, ale brzmi ładnie.
Najzabawniejsze w metaforach jest to, że próbują być mądrzejsze od autora. Wystarczy jedna chwila nieuwagi, a już robią z nas poetów mimo woli. Chciałaś napisać, że jesteś zmęczona, a kończysz z czymś w rodzaju: „Moje ciało tonie w bezkresie własnego zmęczenia, jak słońce, które zapadło w horyzont nieba”. Dramat.
A chyba najgorszą metaforą jest taka, której sam autor nie rozumie. Wtedy czytelnik siedzi z miną detektywa i próbuje ustalić, dlaczego „miłość jest jak podwójne espresso w dziurawej filiżance”, a „życie wisi na haczyku, który ktoś zostawił w powietrzu”.
Metafory mają też drugie oblicze. Kiedy są naprawdę dobre, nie wyglądają jak metafory. Po prostu pasują. Jak stara bluza, którą zakładasz bez zastanowienia. Dobra metafora nie woła: „Patrz na mnie!”. Ona po prostu działa.
A teraz, skoro przeszliśmy przez ten mój mały rezerwat metafor, to mam coś do wyznania.
Ja naprawdę próbuję. Naprawdę obiecuję sobie, że napiszę prosto, zwyczajnie. Że nie będę szukać „głębi”, nie będę wplatać „melancholii listopada”, tam, gdzie wystarczyłoby powiedzieć, że jestem zmęczona i chce mi się spać.
Ale potem metafora przychodzi sama. Pojawia się jak językowy kot, rozkłada na klawiaturze, patrzy mi w oczy i mruczy: „Zostaw mnie. Będzie ładnie”. I co mam zrobić? No przecież nie wyrzucę kota.
Jeśli więc przesadzam – wybacz. To nigdy nie jest po to, by udawać mądrzejszą czy uduchowioną na siłę. To tylko sposób, w jaki mój język próbuje powiedzieć: „Tak to czuję”.
A jeśli Tobie czasem też zdarza się powiedzieć coś odrobinę zbyt dramatycznego, zbyt obrazowego, zbyt dużego jak na sytuację… to witaj. Usiądź. Herbata jest po lewej, przesadne porównania po prawej, listopadowa melancholia – sporadycznie, ale nieszkodliwa.
19 odpowiedzi na „Metafory, czyli jak nie utonąć w oceanie porównań”
-
Ja tam uwielbiam Twoje metafory. Nie muszę ich wszystkich rozumieć. One tworzą miłą woń. Unikalny klimat. No i….są Twoje! 🙂
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Cieszę się, że moje metafory znalazły nos, który je docenia.😊
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Baa…. Jeszcze jak! :).
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
-
-
Dokładnie
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Let make our imagination runs wild! Nothing is wrong with that decision!
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Thank you, and sorry for the late reply! 🌟Exactly – sometimes it’s good to let our imagination run wild, there’s absolutely nothing wrong with that!
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
-
Let make the imagination runs wild! Nothing is wrong with that decision!
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Zgadzam się też z myślą, że dobra metafora to ta, której się nie zauważa — po prostu wchodzi w zdanie tak naturalnie, jak oddech w rozmowę. I może właśnie dlatego ten tekst działa tak dobrze — jest jak rozmowa o pisaniu, nie wykład o nim.
PolubieniePolubione przez 3 ludzi
-
Bardzo dziękuję – dokładnie o to mi chodziło, żeby język po prostu płynął, bez sygnalizowania „teraz będzie metafora”.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
Kiedy język płynie naturalnie, metafora staje się jego częścią, a nie ozdobnikiem. Wtedy słowa mają w sobie prawdę i lekkość, której nie da się zaplanować. To trochę jak rozmowa, w której nie myślisz nad każdym zdaniem — po prostu mówisz z serca i to wystarcza. Zapraszam w moje skromne progi 🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
Dziękuję za Twój komentarz. Pięknie to ująłeś. Ta lekkość języka jest naprawdę czymś, co sią po prostu wydarza.
Mam jednak drobny problem z Twoją stroną: przeglądarka oznacza ją jako potencjalnie niebezpieczną. To pewnie kwestia hostingu lub certyfikatu bezpieczeństwa. Może warto rozważyć hosting, który jest rzadziej oznaczany jako podejrzany – to zwykle poprawia zaufanie przeglądarek i ułatwia odwiedzającym wejście na stronę bez ostrzeżeń. Pozdrawiam serdecznie!PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
-
I would think you are not alone! Just let your words speak for your mind! I and all your readers love to have tea with you!🤗
PolubieniePolubione przez 3 ludzi
-
Thank you!🤗 I’m happy to share tea and metaphors with such wonderful readers. Sometimes the exaggerated comparisons appear on their own, but luckily everything tastes better with good tea.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
No tak> nastały czasy metafor i…tatuaży 🙂
jedno i drugie dla ludzi, ale…nie wszyscy są ulepieni z tej samej gliny; nie wszyscy nadają i odbierają na tej samej fali; a wtedy w metaforach sami się zagubimy; przywołam więc cytat;
„niech wasza mowa będzie; TAK> TAK; NIE > NIE; a co ponadto pochodzi od złego”… gdyż to komplikuje porozumienie, potrzebne > objaśnienie/tłumaczenie, co odnajduję w treści tej notki.. .
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Dziękuję za te słowa. Rzeczywiście, każdy z nas mówi i odbiera świat trochę inaczej. Niektórzy wolą prostą drogę, ja czasem lubię zabłądzić w zakamarkach języka i zobaczyć, co tam rośnie. Metafory bywają jak boczne ścieżki – czasem kręte i zaskakujące, ale dzięki nim spacer po słowach nigdy nie jest nudny.
Cytat z Ewangelii o „tak, tak; nie, nie” rozumiem jako zachętę do szczerości i jasności w słowach – nie mówi o zakazie używania obrazów czy metafor. Przeciwnie, Pismo Święta pełne jest poetyckich symboli: Jezus jako światło, Bóg jako pasterz, Królestwo Boże jako ziarnko gorczycy, Jezus jako chleb życia, wiara jako góra… Metafory w tym sensie pomagają zobaczyć prawdę w bardziej obrazowy sposób.
Może więc czasem warto zabłądzić w językowych zakamarkach – jeśli intencja jest szczera, nawet metaforyczna ścieżka prowadzi w dobre miejsce. 😉
PolubieniePolubione przez 3 ludzi
-
(…) lubię zabłądzić w zakamarkach języka…
spostrzegam narastający problem wędrowania po zakamarkach słowa; krętych ścieżkach; w potoku słów też można utonąć 🙂
oby tylko znalazł się ktoś> kto poda pomocną dłoń i uratuje; wszak coraz więcej ludzi, aby móc się wygadać ucieka do sieci i tu szuka towarzystwa;
bo tu faktycznie nikt nie przerwie w połowie słowa; nikt nie zagada na śmierć i nikt nie narzuci narracji, ale> moim zdaniem> to jest ułuda niby tu spotka się zrozumienie, ale też (jak nigdzie indziej) pojawia się zapomnienie.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
Dziękuję za komentarz. Mój wpis czy raczej, jak to Pani ujęła, „notka” – był autoironicznym, refleksyjnym spacerem po świecie metafor – o miłości do słów, które czasem prowadzą same, choć nie zawsze wiadomo dokąd.
Odbieram Pani komentarz jako głos doświadczonej koleżanki po piórze – może ostrzeżenie, a może po prostu inny punkt widzenia.
W tekście zastanawiam się, czy nie nadużywam metafor, ale nasza rozmowa utwierdza mnie, że warto – skoro potrafią wywołać tyle emocji. W końcu po to piszemy, by coś w czytelniku poruszyć.
Słowa w sieci bywają nietrwałe, lecz każda rozmowa, nawet ta przelotna, pozostawia ślad spotkania – a to zawsze więcej niż cisza.🙂
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Raz po raz oglądam fragmenty z telewizji z lat dawnych. Tamtejszy przekaz różnił się zdecydowanie od tego obecnego. Tamtejszy język był prosty, konkretny. Dziś każdy usiłuje być autorem i wielu zbyt mocno przesadza zwłaszcza z porównaniami.
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Coś w tym jest. Ja też mam czasem dość językowych fajerwerków i tęsknię za prostotą. Ten tekst jest trochę o mnie i moich językowych grzechach. Z jednej strony wiem, że metafory potrafią przeszkadzać, z drugiej same mi wchodzą na klawiaturę.
U mnie metafora jest raczej próbą opisania tego, co czuję, niż ambicją bycia „autorem”, ale rozumiem, że nie każdy to lubi. Pozdrawiam i serdecznie dziękuje za komentarz.PolubieniePolubione przez 1 osoba








Dodaj odpowiedź do Joanna Anuluj pisanie odpowiedzi