Bywają takie dni, kiedy mam wrażenie, że cała moja energia idzie na samo próbowanie dojścia do jakiejś myśli. Krążę długo wokół jednego tematu, mając nadzieję, że w końcu go uchwycę, rozłożę na części i zrozumiem. Jakbym w środku głowy miała miniaturowego zegarmistrza, który z zaciętością kręci korbkami, poprawia trybiki i zaciska maleńkie szczypce, licząc, że mechanizm w końcu zaskoczy, kliknie i wypuści z siebie genialną konkluzję. Problem w tym, że najczęściej nic z tego nie wychodzi. Zostaje zmęczenie, przekonanie, że znów próbowałam wydobyć sens tam, gdzie akurat nie chciał się pokazać, i to osobliwe poczucie, że odbyłam właśnie mentalną podróż donikąd.
Wtedy przypomina mi się ta przewrotna myśl księdza-poety Jana Twardowskiego:
„Kiedy myślę i nic nie wymyślę, to sobie myślę, po co ja tyle myślałem, żeby nic nie wymyślić. Przecież mogłem nic nie myśleć i tyle samo bym wymyślił”.
Ten cytat za każdym razem przychodzi jak łagodny, a jednak trzeźwiący komentarz. Jakby ktoś klepnął mnie lekko w ramię i powiedział: „Hej, może nie trzeba tak strasznie się starać?”.
Świat przecież nie czeka z notesem na brzegu biurka, aż wypełnię go świeżymi wnioskami. Nikt nie prowadzi ewidencji moich przemyśleń, nikt nie odnotuje, że dziś nie wyrobiłam normy na polu refleksji. A jednak często zachowuję się tak, jakby istniał niewidzialny obowiązek ciągłego analizowania, rozkładania na czynniki pierwsze, dopasowywania znaczeń. Jakbym nosiła w sobie jakieś absurdalne wewnętrzne rozporządzenie: „Nieustannie przemyśleć rzeczywistość. Dzienna norma: minimum trzy olśnienia”.
Tymczasem być może największą uprzejmością wobec własnej głowy jest… pozwolić jej nie myśleć. Choćby przez chwilę. Usiąść i nie szarpać się z ideami, które akurat nie chcą przyjść. Pogodzić się z tym, że nie każdy dzień jest dniem olśnienia, że niektóre godziny mają w sobie mgłę, którą po prostu trzeba przeczekać. Że są takie momenty, kiedy sens ukrywa się jak przestraszone zwierzątko – i nic nie pomoże wołanie go na siłę. Im głośniej go wołasz, tym głębiej się chowa.
Mam czasem wrażenie, że to właśnie wtedy, kiedy świadomie odpuszczam, uruchamia się jakaś cicha, niewidzialna praca. Jakby wewnętrznego zegarmistrza zastępował doświadczony ogrodnik, który na chwilę przestaje podlewać roślinę i czeka, aż sama wypuści liść. I ona naprawdę to kiedyś robi – tylko potrzebuje przestrzeni, nie presji.
Wbrew pozorom „nic-nie-myślenie” nie jest lenistwem. Bywa mądrością. Bywa troską o siebie. To jak przetarcie zaparowanej szyby, które sprawia, że obraz staje się wyraźniejszy.
Warto czasem pozwolić sobie na luksus wewnętrznej ciszy. Nie biec za odpowiedziami, nie przeciągać struny koncentracji. Zobaczyć, co pojawi się, gdy przestaniemy wymuszać pojawienie się czegokolwiek.
Bo kto wie – może w tej pozornej pustce rośnie to, czego od dawna szukamy. Tylko myśleliśmy zbyt głośno, żeby to usłyszeć.
2 odpowiedzi na „A co, jeśli przestanę myśleć?”
-
Nic-nie-myślenie (i bycie offline) rzeczywiście może być piękną formą samoopieki. W dobie przebodźcowania – bardzo zdrowa praktyka mindfulness. W tych chwilach można odnaleźć siebie. Swoje potrzeby, emocje, zdrowie oraz braki.
PolubieniePolubione przez 3 ludzi
-
Masz rację – i mam wrażenie, że ty też świetnie to praktykujesz. Tym bardziej miło mi Cię znowu widzieć🙂 Dziękuję, że wracasz i dzielisz się tak ciepłymi refleksjami
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-








Dodaj odpowiedź do Joanna Anuluj pisanie odpowiedzi