W grudniu świat lubi przesuwać akcenty. Nagle więcej znaczy to, co da się policzyć: ilość potraw, godzin spędzonych w kuchni, list zakupów długich jak zimowe wieczory. Stoły mają się uginać, lodówki pękać w szwach. A zmęczenie? Ma być dowodem dobrze spełnionego obowiązku. To taka klasyka – przynajmniej polskich świąt.
A przecież grudzień nie ma jednego scenariusza. Jedni wybierają spokojne wieczory, światło świec, cichą muzykę, spacer w zimowym powietrzu. Drudzy – przygotowania, listy zakupów i stoły uginające się od ciężaru potraw. Dla jeszcze innych ten czas, to powrót do domu: tego dawnego albo tego, który z czasem stał się własny. Są też tacy, którzy wyjeżdżają tam, gdzie święta pachną i wyglądają inaczej.
Święta dzieją się w wielu wersjach naraz. Obraz, który najczęściej widzimy, jest tylko jedną z nich.
Często porównujemy swoje święta z cudzymi: z obrazkami migającymi na ekranach, z opowieściami o tym „jak było u nas”. Jakby istniała jedna właściwa wersja, do której trzeba się dopasować, a święta można było zmierzyć i sprawdzić, czy wyszły wystarczająco dobrze.
A ja coraz częściej myślę, że to tylko jeden język opowiadania o świętach.
Prawdziwe znaczenie świąt chyba nie mieści się w liczbach. Nie da się go zważyć ani odmierzyć. Stoły mogą być pełne lub skromne, kuchnie pachnieć godzinami gotowania albo tylko świeżą herbatą. Są święta głośne, rozmowne – i takie, kiedy najważniejsze rzeczy dzieją się w ciszy.
Co jest ważne?
Czy to, co da się przygotować i zaplanować, czy to, co pomiędzy? Obfitość? A może jednak obecność? Talerz, który nigdy nie będzie pusty, czy dłonie wyciągnięte w geście bliskości? Perfekcyjnie zaplanowane menu czy kilka chwil, w których naprawdę jesteśmy razem – bez pośpiechu, bez „zaraz”, bez „tylko jeszcze zrobię to”?
Czasem wystarczy jedno spojrzenie znad stołu. Chwila, w której nikt nie zerka na zegarek czy w telefon. Herbata stygnąca w kubku, której nie trzeba pić w pośpiechu. Spacer bez celu albo rozmowa, która nie musi do niczego prowadzić. Niekiedy święta mieszczą się w rzeczach tak prostych, że łatwo je przeoczyć.
Święta przypominają mi czasem walizkę. Można ją wypełnić do granic możliwości: jedzeniem, prezentami, planami i oczekiwaniami. Ale im cięższa, tym trudniej ją unieść. Najważniejsze rzeczy często nie ważą nic: dobre słowo, uważność, obecność. Tego nie da się zapakować próżniowo ani zamknąć w pojemniku.
Może więc warto zapytać siebie nie „ile”, ale „po co”? Po co się spotykamy? Po co wyjeżdżamy albo wracamy? Po co składamy życzenia, nawet jeśli zawsze umiemy je wypowiedzieć idealnie?
Święta – te naprawdę nasze – zaczynają się tam, gdzie ktoś decyduje, że najważniejsze nie leży w tym, co widać, lecz w tym, co czujemy. Być może ten sekret grudnia można zabrać ze sobą na co dzień: magia życia nie rodzi się z nadmiaru, lecz z obecności, ciepła i uważności na to, co naprawdę ważne.
2 odpowiedzi na „Co jest ważne?”
-
„Perhaps this secret of December can be taken with you every day: the magic of life isn’t born from excess, but from presence, warmth, and mindfulness of what truly matters.” 👌🌟
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Your words wonderfully echo what I hoped to express.💛The magic of life and the holidays often hides in quiet moments, simple gestures, and mindful presence, and these are the invisible things that remain with us the longest.
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-








Witaj! Twoja opinia jest ważna.