Kolejny dzień mojego challenge’u. Tym razem tematów było tyle, że zamiast jak zwykle wybierać, postanowiłam zrobić losowanie. Wylosowałam Dzień Brukarza. No i klops. Bo co ja wiem o tym fachu? O ile mogę coś powiedzieć o wielu dziwnych świętach, o tyle o brukarzu nie mam właściwie nic do powiedzenia. Z układaniem kostki brukowej mam mniej więcej tyle wspólnego, co z fizyką kwantową.
Moja wiedza o zewnętrznych nawierzchniach pochodzi głównie z dzieciństwa. Miałam wtedy bardzo ważną zasadę: nie wolno było nadepnąć na łączenie płyt chodnikowych. Nie wiem, co miało się wydarzyć, gdybym jednak nadepnęła. Nigdy nie sprawdziłam. Najwyraźniej samo ryzyko było wystarczająco przekonujące, żeby przez całe chodniki przeskakiwać z jednej płyty na drugą. Dzisiaj patrzę na nawierzchnie już mniej beztrosko. Dziura w drodze nie jest dla mnie potencjalną katastrofą dzieciństwa, tylko pytaniem, ile będzie kosztować naprawa samochodu.
I na tym właściwie moja wiedza o brukarstwie mogłaby się skończyć, ale tu z ratunkiem przyszedł język polski, który w szczególny sposób bruk sobie upodobał. Polska literatura również. Bo słowo „bruk” ma w języku polskim znacznie więcej życia niż ja mam wiedzy o jego układaniu.
Wystarczy powiedzieć „paryski bruk” i od razu pojawia się Mickiewicz. „O czymże dumać na paryskim bruku?” Dumać można najwyraźniej wszędzie, ale bruk paryski ma w literaturze szczególne właściwości. Ciekawe tylko, czy Mickiewicz, pogrążony w emigracyjnych rozmyślaniach, patrzył pod nogi. Może też omijał łączenia, tak jak ja w dzieciństwie? W końcu nigdy nie wiadomo, jakie konsekwencje może mieć jeden nieostrożny krok.
A skoro już jesteśmy przy chodzeniu po bruku, w języku polskim pojawia się związek frazeologiczny „szlifowanie bruków”. Bardzo podoba mi się to określenie. Brzmi trochę jak zawód wymagający fachu, doświadczenia i może nawet jakiegoś egzaminu czeladniczego. Tymczasem chodzi po prostu o włóczenie się po mieście, krążenie bez celu, czasem w poszukiwaniu pracy.
U Stachury bruk jest już nie miejscem spaceru, ale tym, co znajduje się pod balkonem. „W rozpaczy swojej / Nie wychodź na balkon, nie wychodź, / Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź…” Bruk, po którym chwilę wcześniej można było sobie spacerować, staje się miejscem, przed którym trzeba kogoś powstrzymywać.
W polszczyźnie takich miejsc zresztą nie brakuje. Można kogoś wyrzucić na bruk. Można znaleźć się na bruku. Można wylądować na bruku. To niestety wiąże się z perspektywą zamieszkania na ulicy. Można też zejść tak nisko, że sięga się bruku. To już wiąże się z upadkiem moralnym. Zapomniałabym o prasie brukowej, potocznie zwanej brukowcem, która również sięga bruku.
A skoro mówimy o sięganiu bruku, tutaj pojawia się Norwid, który zrobił z tego zwrotu coś zupełnie przewrotnego. W „Fortepianie Szopena” pisze o fortepianie wyrzuconym na ulicę i kończy słowami: „Ideał sięgnął bruku”. Brzmi jak upadek. Coś, co miało być wysoko, nagle trafia na bruk. A przecież u Norwida to nie jest takie proste.
A Tuwim? Och, Tuwim… Ten też nie patrzy na bruk zbyt romantycznie. Nawołuje przecież: „Rżnij karabinem w bruk ulicy!” U niego ulica nie służy już do dumania. Jest miejscem buntu. A w „Skwarze nędzarzy” bruk jest rozgrzany, twardy, bezlitosny dla butów. Ludzkie stopy są „starte w zdartych trzewikach o rozpalony bruk”. Można więc bruk szlifować, ale można też dać się przez niego zeszlifować.
A mój ukochany Prus? U niego na bruku mamy powozy, ludzi, psy, dzieci i kurz. Żeromski daje nam „Nagi bruk” – tłum, biedę, a wraz z nimi społeczny niepokój.
Potem przychodzi Miłosz. W „Campo di Fiori” jest „bruk opryskany winem / I odłamkami kwiatów”. Na pierwszy rzut oka zwyczajny obraz ulicy, a jednak za nim jest śmierć. Ten sam bruk, po którym ludzie chodzą, bawią się i wracają do domu, może być świadkiem tragedii.
Ginczanka zrobiła z niego jeszcze coś innego. W „Krokach” bruk połyka krok. To akurat rozumiem wyjątkowo dobrze. Całe dzieciństwo spędziłam na pilnowaniu, żeby moje kroki nie trafiały tam, gdzie nie powinny. Tylko że ja bałam się łączenia płyt, a Ginczanka pokazuje bruk, który połyka ślad człowieka.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od jednego słowa, o którym właściwie nic nie wiedziałam.
Bo czym jest bruk? Kamieniami ułożonymi tak ciasno, żeby można było po nich przejść. Nic wielkiego. A jednak można na nim dumać, można go szlifować, można na nim wylądować albo kogoś na niego wyrzucić. Można sięgnąć jego poziomu, walczyć na nim, można też zgubić na nim ślad. A można zwyczajnie wjechać samochodem w dziurę.
I chyba to jest mój ulubiony rodzaj językowej niesprawiedliwości. Przez pół życia czytam Mickiewicza, Norwida, Stachurę, Tuwima, Miłosza, Ginczankę, Prusa i Żeromskiego, a na koniec okazuje się, że prawdziwy brukarz patrzy na to wszystko, kręci głową i mówi: „Pani Małgosiu, poezja poezją, ale tu jest podbudowa źle zrobiona i woda stoi!”







Witaj! Twoja opinia jest ważna.