Dziś, idąc z psami, zobaczyłam scenę, która na moment przykuła mój wzrok. Kobieta w różowym szlafroku i kraciastych spodniach od piżamy pchała sklepowy wózek, wjeżdżając do osiedlowej Biedronki. Niby zwykły poranek, zwykły sklep, a jednak ten obrazek utkwił mi w głowie.
Idąc dalej, zaczęłam się zastanawiać: czego wyrazem jest taki strój?
Może pośpiechu – bo czasem trzeba wyskoczyć „tylko na chwilę” i nie ma znaczenia, jak się wygląda.
Może zmęczenia albo braku sił – kiedy życie staje się tak ciężkie, że energia wystarcza tylko na to, co konieczne.
Może obojętności wobec spojrzeń innych.
A może odwagi: „to ja decyduję, jak wyglądam, nie wy”.
Szłam dalej, a moja nieokiełznana wyobraźnia podsuwała mi nowe obrazy. Zaczęłam widzieć tę kobietę w innych miejscach:
W autobusie – siedzi przy oknie, obok niej mężczyzna w garniturze i ktoś w sportowej kurtce. Ludzie ukradkiem zerkają, jedni uśmiechają się pod nosem, inni odwracają wzrok, dwie starsze panie komentują półgłosem. Szlafrok staje się czymś więcej niż ubraniem – nutą ekscentryczności, a może nawet wyzwaniem rzuconym rutynie codziennych dojazdów.
W teatrze – miękkie fotele, ciężkie kotary, panie w eleganckich sukienkach i panowie w marynarkach. Ona zajmuje miejsce pośród publiczności, cała w domowej miękkości. To, co w sklepie było tylko zabawnym kontrastem, tutaj staje się prowokacją.
W szkole po dziecko – gwar korytarza, dzieci wybiegające z klas, rodzice czekający przy drzwiach. Wśród nich ona. I nagle pojawia się ocena: co to mówi o niej jako o matce? Wystarczy różowy szlafrok, by uruchomić cały zestaw przekonań o odpowiedzialności i „dobrym wizerunku”.
W kościele – cisza, zapach kadzidła, powaga chwili. Wchodzi ona, cała na różowo, w szlafroku i piżamie, zajmuje miejsce w ławce. Tutaj strój nabiera jeszcze innego znaczenia – nie tylko społecznego, ale niemal symbolicznego, bo wobec sacrum przecież „wypada” być przygotowanym.
W parku – na ławce, z książką w ręku, obok termos z herbatą. I tu nagle to samo ubranie przestaje być dziwne. Wśród zieleni, z dala od norm i spojrzeń, staje się naturalne, niemal niewidzialne.
Dotarło do mnie, że ten sam różowy szlafrok i kraciaste spodnie nie mają jednej definicji. To my – patrząc – decydujemy, jak je odbierzemy. To kontekst sprawia, że w jednym miejscu budzą śmiech, w innym zgorszenie, a w jeszcze innym… w ogóle nie mają znaczenia.
Może więc pytanie nie brzmi: „dlaczego ona wyszła tak ubrana?”.
Może pytanie powinno brzmieć: „dlaczego nas to tak porusza?”.
Ten różowy szlafrok stał się dla mnie symbolem naszych pochopnych ocen. I może warto zabrać z tego obrazka coś dla siebie: świadomość, że nie wszystko, co widzimy, jest takie, jak nam się wydaje. Bo czasem nasze oceny mówią więcej o nas samych niż o kimkolwiek innym.
2 odpowiedzi na „Szlafrok w przestrzeni publicznej”
-
Szlafrok to dla mnie dość prywatna część garderoby. Podczas zimowych wieczorów był używany z konieczności bo ogrzewanie pracowało na minimum. Kiedy moje zdrowie było dość kruche stał się mundurem pacjenta. Później nie czułem się w nim komfortowo bo miał zbyt wiele konotacji ze szpitalem.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
Dziękuję za Twój komentarz. Takie historie pokazują, jak bardzo przedmioty – nawet tak zwyczajne jak szlafrok – nasiąkają doświadczeniem. Dla jednych są wygodą, dla innych koniecznością, a czasem śladem choroby, słabości lub walki. Nie da się ich czytać jednym kluczem: to, co dla kogoś jest naturalne albo zabawne, dla innych bywa bolesnym symbolem. Ten komentarz pięknie dopowiada to, o czym pisałam: że za tym, co widzimy, niemal zawsze kryje się historia, której nie znamy.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-








Dodaj odpowiedź do Michal R. Anuluj pisanie odpowiedzi