Czasem wydaje nam się, że świat oczekuje od nas nieustannej siły. Trzymania fasonu. Ogarniania wszystkiego. Bycia zawsze na posterunku. A co, jeśli siła nie jest jedyną drogą? Co, jeśli prawdziwą odwagą jest pozwolenie sobie na chwilę słabości?
Znasz to uczucie, kiedy masz dość, ale „jeszcze nie wypada”? Kiedy wszystko się wali, a Ty wciąż stoisz, bo przecież ktoś musi? Kiedy wewnątrz pęka Ci serce, a na zewnątrz wciąż uśmiech numer pięć?
Przez długi czas wierzyłam, że muszę być zawsze silna. Dzielna. Zorganizowana. Dla innych i dla siebie. Nie pękać. Nie mówić: „Nie wiem”, „Nie umiem”, „Nie mam siły”. Byłam tą, która ogarnia. Która się nie boi. Na którą zawsze można liczyć. Tą, która zawsze da radę.
Tylko że nie zawsze dawałam. Po prostu się do tego nie przyznawałam. Nawet przed sobą. Nie było miejsca na łzy. Na drżenie głosu. Na zmęczenie. Nie było przyzwolenia, by powiedzieć: „Już nie mam siły”, „Nie wiem, co robić”, „Nie radzę sobie”. Nie było zgody na własną kruchość.
Uczyłam się być dzielna kosztem własnej wrażliwości. Zbudowałam wokół siebie solidny pancerz stworzony z obowiązku, rozsądku, zmęczenia i strachu. Długo wydawało mi się, że tak trzeba, bo miękkość to słabość, a pokazanie emocji to porażka. Wrażliwość traktowałam jak coś niebezpiecznego. Bałam się, że jeśli ją pokażę, ktoś mnie zrani. Lepiej więc było ją schować, zawinąć w szary papier i ukryć w ciemnym kącie.
A ona i tak się wymykała. W nagłym wzruszeniu, którego nie potrafiłam ukryć. W spojrzeniu, które zdradzało więcej niż chciałam. W poruszeniu na widok czegoś pięknego. W bólu, gdy padało jedno słowo za dużo. W bezsennych nocach, kiedy szeptałam do siebie. W potrzebie ciszy, na którą nie było miejsca w codziennym zgiełku.
I tak w tym trwałam, aż pewnego dnia pomyślałam: „Nie chcę już walczyć ze sobą. Nie chcę się pilnować, być twardsza, niż jestem”. Zaczęłam zdejmować z siebie warstwa po warstwie ten gruby pancerz. I po raz pierwszy od dawna poczułam, że jestem. Pozwoliłam sobie być sobą. Miękką. Poruszoną. Delikatną. W tej jednej chwili, kiedy usiadłam i powiedziałam: „Już nie mogę”, coś się we mnie odblokowało. Nie przyszła rezygnacja. Przyszła ulga.
Dziś już rozumiem, że to, co uważałam za słabość, jest moją największą siłą. To właśnie ta wrażliwość dawała mi empatię. Sprawiała, że słuchałam uważniej. To ona była źródłem mojej intuicji, obecności przy ludziach, mojego pisania, mojej czułości wobec świata.
Może Ty też chowasz w sobie coś, co przez lata wydawało ci się „nie na miejscu”? Zbyt kruche. Zbyt intensywne. Może też nakładałaś warstwy, by lepiej się chronić?
Może też myślałaś kiedyś, że nie wolno się rozsypać? Może długo byłaś tą osobą, która musi być oparciem dla innych?
A gdyby tak – tylko na chwilę – pozwolić sobie nie wiedzieć, nie działać, nie być idealną? Co, jeśli właśnie w tym odpuszczeniu kryje się Twoja największa moc?
Nie jesteś z żelaza. I nie musisz być. Nie trzeba być silną przez cały czas. To nie oznaka słabości.
Jak to jest u Ciebie z tą siłą? Czy pozwalasz sobie czasem na miękkość? Chętnie przeczytam, jeśli masz ochotę podzielić się swoim doświadczeniem.
6 odpowiedzi na „Nie trzeba być silną przez cały czas”
-
Chyba nie da się być silną przez cały czas….Może to i lepiej?.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
Też coraz częściej to czuję i już z tym nie walczę.
PolubieniePolubienie
-
-
Tak, myślę, że to dobrze. Bo kiedy nie musimy być silne, możemy po prostu być — prawdziwe. 💛
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
Dokładnie tak! W tej prawdziwości kryje się największa siła.
PolubieniePolubienie
-
-
Great! At last you listen to your own preferences! No one knows you better than you do! Our emotions should parallel our feelings! We should use them for expressing our hearts and souls and releasing our stress!🌿
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
Thank you for sharing this. Emotions as the language of the soul – that’s something I deeply relate to. When we trust them, they lead us closer to who we really are.
PolubieniePolubienie
-








Dodaj odpowiedź do Anonim Anuluj pisanie odpowiedzi