Już drugi tydzień jestem w trybie codziennego pisania. Zazwyczaj tematy same przychodzą – z rozmowy, z przypadkowego zdania, z obserwacji, z jakiegoś drobiazgu, który utkwi w głowie i domaga się słów. A dziś… nic. Pustka.
Pomyślałam więc: sprawdzę, jakie nietypowe święto przypada dzisiaj. Może to mnie zainspiruje. No i trafiłam. Święto Spódnicy. I… Święto Napojów Wyskokowych!
„Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!” – skarciłam siebie w myślach.
Trudno. Skoro słowo się rzekło, to słowa trzeba dotrzymać. Próbowałam połączyć jedno z drugim, ale nijak nie chciało się powiązać. Spódnica i alkohol – duet, który nie ma wspólnego mianownika. No, chyba żeby liczyć jakąś kontrabandę przemycaną pod spódnicą w latach osiemdziesiątych. Wtedy wszystko nabiera sensu: peron, pociąg… powiedzmy do Gdyni, torba w kratkę i kobieta, która udaje, że to tylko zgrzewka kompotu dla cioci z Helu. A pod kiecką – płynne złoto tamtych czasów.
Albo film o okupacji – scena w czerni i bieli, stukot obcasów na bruku, spojrzenia wymieniane w pośpiechu. Pod spódnicą nie wiadomo co – dokumenty, listy, butelki, a w tle rozbrzmiewa:
„Teraz jest wojna,
kto handluje, ten żyje,
jak sprzedam rąbankę, słoninę, kaszankę,
to bimbru się tez napiję…”
I tu mnie naszło… Jak to by wyglądało dzisiaj? Zdrowa dieta, kuchnie świata, zero waste, gluten free. Kto dziś w ogóle je kaszankę i słoninę? Czy w razie wojny ktoś przemycałby pod spódnicą krewetki, łososia, awokado? A może tofu, żeby było etycznie? Świat się zmienia – pomyślałam – nawet kontrabanda byłaby dziś wegańska.
Nie wiem, czy to bardziej zabawne, czy smutne, ale jedno jest pewne – każde czasy mają swoje priorytety. Tamci walczyli o przetrwanie, my o dostawę z aplikacji. A jednak coś nas łączy: człowiek zawsze coś przemyca. Choćby myśl, pomysł, zdanie albo temat, którego nie da się znaleźć, więc trzeba go po prostu wymyślić i wcisnąć pod spód słów.
Chyba właśnie o to chodzi w codziennym pisaniu – nie o temat, ale o sam rytm. O to, żeby usiąść, otworzyć pustą stronę i zobaczyć, co się z niej wykluje, nawet jeśli zaczyna się od spódnicy i butelki wina. Bo inspiracja bywa jak kontrabanda – czasem trzeba ją przemycić bokiem, udając, że to tylko drobiazg, a potem odkryć, że to właśnie ona trzyma całą historię w ryzach.
2 odpowiedzi na „Pod spódnicą”
-
Parę ładnych lat temu znajomek spędzał urlop w sezonie letnim przy granicy wschodniej. Kuzynostwo mieszkało gdzieś na peryferiach więc dość często udawali się na przydługie spacery do lasu. Któregoś wieczoru spostrzegli na polu otwór przypominający coś co lata. Trochę plastiku, styropianu, taśmy. Po dokładniejszych oględzinach okazało się, że to dron przemytniczy przerzucający ładunki o małej wadze (papierosy i inne dziwactwa).
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Dziękuję za przykład z życia! Idealnie pasuje do mojej refleksji o współczesnej „kontrabandzie”. Wygląda na to, że choć zmieniła się technologia, idea przemycania drobiazgów pozostaje ta sama – tylko teraz zamiast pod spódnicą, lecą nad polami
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-








Dodaj odpowiedź do Małgorzata Gromuł Anuluj pisanie odpowiedzi