Dzisiaj obchodzimy Dzień Postaci z Bajek oraz Międzynarodowy Dzień Języka Romskiego, ale spokojnie – nie będę pisała w języku romani i Miś Uszatek tym razem nie będzie bohaterem tego wpisu. Choć przyznaję, pokusa jest duża, bo to mój ukochany bohater z dzieciństwa.
Przez chwilę miałam koncepcję, żeby oprzeć wpisy na kalendarzu nietypowych świąt. Kusząco proste rozwiązanie. Codziennie gotowy temat, zero dylematów. Brzmi pięknie i leniwie – prawie jak pisarski autopilot. Tylko że coś mi mówi, że to byłby najkrótszy projekt świata. Pisanie szybko zmieniłoby się w checklistę. A ja nie piszę, żeby odhaczać punkty.
Poza tym, po krótkiej analizie listopada, zrozumiałam, jaką minę bym sobie sama podłożyła. Wyobraźcie sobie wpisy o kolejnych „świętach”: Dzień Kotleta Schabowego, Światowy Dzień Drwala, Dzień Slipek (tu bym poległa), Dzień Toalet i mój osobisty faworyt – Dzień Absurdu. A to dopiero rozgrzewka. Po drodze był jeszcze Dzień Taniego Wina, którego opisywanie mogłoby szybko zmienić mój blog w kronikę obyczajową z delikatną nutą kaca moralnego.
Nie mam listy tematów na tydzień naprzód. Mam radar. Po prostu uruchamiam wszystkie zmysły i czekam. Uwielbiam ten moment, gdy nagle coś „kliknie” i czuję: Ooo, to jest to!
Tu na scenę wchodzi kolejny bohater z dzieciństwa – Pomysłowy Dobromir. Pamiętacie tę piłeczkę odbijającą się od jego głowy i „juhu!”, kiedy wpadł na jakiś pomysł? Mam identycznie. Wystarczy jedno słowo, jedna rozmowa, jedno zdarzenie. Uważność – to chyba moje słowo klucz.
A jednak ostatnio czuję, jakbym od dawna tkwiła w jednym wielkim Dniu Świstaka. Budzik dzwoni. Wstaję. No dobra, w końcu wstaję. Woda na kawę – ten sam kubek, od roku wyszczerbiony na rancie, ale wciąż nie potrafię z nim się rozstać. Ta sama myśl: „Dziś będzie inaczej”. Dwie godziny później… już wiem, że nie będzie. Nie budzę się co prawda przy I Got You Babe, ale soundtrack z Dnia Świstaka i tak mam w głowie.
Lista zadań jak taśma produkcyjna. Rozmowy brzmiące podejrzanie znajomo. Nawet pogoda, która wygląda jak „kopiuj – wklej” z wczoraj. Czasem mam wrażenie, że jeśli jutro znowu zobaczę ten sam kubek, to powitam go jak starego znajomego, z czułym: „No cześć, znowu się widzimy”.
Gdyby ktoś mi powiedział, że naprawdę utknęłam w jednym dniu, nawet bym się nie zdziwiła.
A może… można to wykorzystać? W końcu Bill Murray po pięćdziesięciu pętlach nauczył się grać na pianinie, rzeźbić w lodzie i być miłym dla ludzi, których wcześniej ignorował. Ja po kilkudziesięciu powtórkach nauczyłam się… nalewać kawę do pełna, nie rozlewając. Też talent.
Czy próbowałabym wszystko naprawić jak Bill Murray? Czy po prostu uznałabym, że skoro i tak mam powtórkę, to mogę zrobić lepszą kawę i nie przejmować się drobiazgami? A może po jakimś czasie nawet to by mi się znudziło i jedynym sposobem na wyrwanie się z pętli byłoby zrobienie czegoś naprawdę nowego? Choćby najmniejszego?
Przez chwilę myślałam, że mogłabym potraktować tę powtarzalność jak eksperyment. Sprawdzić, co by się stało, gdyby naprawdę każdy dzień wyglądał tak samo. Ale znam siebie. Po tygodniu zaczęłabym mówić do tostera albo pisać notatki na lustrze, żeby odróżnić wtorek od środy.
Wiem, że rutyna daje ludziom poczucie stabilizacji – śniadanie o tej samej porze, ta sama trasa, te same rytuały. Ale ja mam wrażenie, że to tylko złudzenie bezpieczeństwa. Bo jeśli każdy dzień jest identyczny, to kiedy właściwie dzieje się życie?
Może dlatego piszę. Bo dopóki mogę opisać świat na kilka sposobów, dopóty nic się naprawdę nie zapętla.
I tu wraca mój wczorajszy pomysł, który odłożyłam właśnie dlatego, że postanowiłam walczyć z rutyną. Jak już wspominałam – kalendarz oznajmił, że jest Dzień Taniego Wina. Rozbawiło mnie, że ktoś wpadł na tak odważny koncept. Przez moment naprawdę chciałam o tym napisać. Porzuciłam pomysł.
Ale widocznie temat ma lepsza pamięć ode mnie, skoro wrócił sam.
Co prawda dziś świętujemy coś zupełnie innego, więc teoretycznie powinnam zostawić wino tam, gdzie jego miejsce (czyli na niższej półce w sklepie i w niektórych wspomnieniach), ale może właśnie to jest dobry moment, by o nim jednak napisać. Bo choć nie jestem miłośniczką tego trunku, to i tak nie potrafiłabym pisać o nim codziennie tak samo.
Jednego dnia opowiedziałabym historię z perspektywy pijącego, który z pełnym przekonaniem stwierdza, że „w sumie nie jest takie złe”. Drugiego – z perspektywy samej butelki, która wie, że jest kupowana z pobudek emocjonalnych. Trzeciego – z perspektywy sprzedawcy, który po raz setny słyszy: „to tylko na wieczór” z miną mówiącą, że to będzie długi wieczór. A czwartego? Z punktu widzenia faceta od wywozu szkła, który zna nasze przyzwyczajenia lepiej niż my sami.
Może więc ta pętla wcale nie polega na tym, że dzień się powtarza. A może powtarza się tylko sposób, w jaki na niego patrzymy. Może o to chodzi: ta sama rzecz, ale opowiedziana za każdym razem inaczej.
To jest moja droga wyjścia z Dnia Świstaka. Nie wielka zmiana. Nie rewolucja. Nie deklaracja: „Od jutra będę innym człowiekiem!”. Tylko mały przesunięty akcent. Inny kubek. Inna piosenka o poranku. Inne słowo. Inny punkt widzenia. I nagle dzień nie jest tym samym dniem.
Może więc życie wcale się nie powtarza. Może to my czasem zapominamy patrzeć.
Dzień Świstaka trwa, dopóki robimy wszystko tak samo. Kończy się wtedy, kiedy zmienimy choć jeden szczegół.
Może właśnie dlatego codziennie siadam do pisania – żeby znaleźć coś nowego w tym samym świecie. I może to jest najważniejsze: żeby się nie przyzwyczajać. Bo kiedy uwierzymy, że nic nas nie zaskoczy – wtedy naprawdę zaczyna się powtórka.
Może mój Dzień Świstaka nie jest pułapką, tylko zaproszeniem. Do tego, żeby zobaczyć to, co znam – inaczej. Albo, chociaż z lekką autoironią.
A jeśli jutro wszystko naprawdę będzie wyglądało tak samo? Cóż, przynajmniej będę miała gotowy tekst na kolejny dzień. Z drobnymi poprawkami, bo przecież i tak napisze inaczej. Choćby z przekory.
5 odpowiedzi na „Dzień Świstaka, tanie wino i Pomysłowy Dobromir”
-
Nie mam listy tematów na tydzień naprzód. Mam radar. – To zupełnie jak ja. To dość skomplikowana sprawa, gdyż ociera się o ontologię, psychologię, socjologię i analitykę, a przecież nie mam dyplomu w żadnej z tych materii. Wpisy przychodzą same. Między jedną burzą a drugą. I sama dziwię się równie mocno, co czytelnik, kiedy patrzę na efekt końcowy (rezonans). Kiedy wspomniałaś o Murrayu…zatrzymałam się. I znowu westchnęłam nad naszą kobiecą tencencją do „poprawiania”. Bycia perfekcyjną w każdym calu. Nawet w ilości napisanych wersów. Ale to taka mała dygresja kobiecej outsaiderki , Joanny-rakiety 😀
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Każdy z nas ma swój własny radar. I wiem, że u Ciebie to „między burzami” ma zupełnie inny ciężar niż u większości ludzi. Tym bardziej porusza mnie to, że pisanie wciąż do Ciebie przychodzi – nie jako obowiązek, tylko jako przestrzeń, w której można na chwilę złapać oddech. A co do naszej skłonności do „poprawiania”… myślę, że to nie jest pogoń za ideałem. To raczej czułość do słowa. Takie „chcę, żeby było prawdziwe, a nie doskonałe”. Dziękuję Ci za komentarz. Przeczytałam go uważnie. Zostało we mnie.
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
-
Ten „Dzień Świstaka” to w gruncie rzeczy metafora naszego dorosłego życia – z rutyną, powtarzalnością i próbami przekonania samych siebie, że „jutro będzie inaczej”. A Twoja refleksja o tym, że wystarczy zmienić drobiazg, by przerwać pętlę, brzmi jak coś banalnego tylko na pierwszy rzut oka — w rzeczywistości to kwintesencja uważności i życia naprawdę.
PolubieniePolubione przez 3 ludzi
-
Dziękuję Ci za ten komentarz. Chyba to właśnie mnie najbardziej bawi w tej „powtarzalności”, że czasem wystarczy naprawdę drobiazg, żeby przesunęło nam się całe spojrzenie. To w teorii brzmi jak banał, ale potrafi człowieka wywrócić o 180 stopni.
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
To prawda, często jedno, z pozoru nic nieznaczące zdanie albo moment potrafi coś w nas przestawić. I nagle wszystko, co wydawało się oczywiste, wygląda inaczej. Może właśnie w tym tkwi siła codzienności — w tych drobnych impulsach, które niepostrzeżenie uczą nas nowego spojrzenia na świat.
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
-








Dodaj odpowiedź do mr Andrzej Włodarczyk Anuluj pisanie odpowiedzi