Są takie historie, które człowiek nosi w sobie, nawet jeśli wie, że powrót do nich otwiera drzwi do miejsc, które wciąż bolą. Dziś otwieram te drzwi, bo wierzę, że jeśli ta opowieść poruszy choć jedno serce – to warto.
Moja druga mama – nie umiem nazwać jej „teściową” – chorowała na nowotwór.
Każdy dzień był wtedy walką, w której ból, strach i nadzieja splatały się tak ciasno, że trudno je było od siebie oddzielić.
Mój mąż i ja byliśmy z nią w tym bólu. Byłam jej ręką, gdy traciła siły. Byłam jej głosem, kiedy nie mogła mówić. Byłam jej cieniem. Czasem mogłam zrobić wiele, a czasem tylko trzymać ją za rękę – i to „tylko” stawało się wszystkim.
Widziałam rzeczy, których nikt nie chce oglądać u osoby, którą kocha. Ciało łamane chorobą. Strach tak wielki, że odbierał oddech. Walkę, której nie opiszą żadne słowa.
I gdyby nie pewna osoba… ta droga byłaby nie do przejścia.
Pani Doktor – onkolog mojej mamy. Lekarka, ale przede wszystkim człowiek z niezwykłą zdolnością widzenia drugiego człowieka dokładnie tam, gdzie inni widzą już tylko „przypadek medyczny” alba „stadium choroby”.
To nie była relacja lekarz–pacjent. To było towarzyszenie. Obecność. Partnerstwo, które dawało poczucie bezpieczeństwa, nawet gdy medycyna miała coraz mniej odpowiedzi.
Dziesiątki telefonów. Godziny rozmów. Słowa, które podnosiły, gdy nie było już sił. Życzliwość, która trzymała na powierzchni. Pani Doktor nigdy nie odmówiła. Nigdy nie była zniecierpliwiona. Nigdy nie zostawiła nas bez odpowiedzi.
To był rodzaj troski, który nie mieści się w definicji zawodu. Ona traktowała pacjentów jak ludzi, nie jak diagnozy. Każdą pacjentkę znała po imieniu. Każda była dla niej kimś – nie numerem, nie przypadkiem, nie „kolejną historią”. Były dla niej jak babcie, mamy, siostry. I z każdą z nich budowała więź – prawdziwą, czułą, zaangażowaną.
Dla mamy była kimś, komu ufała bezgranicznie. Kto potrafił być spokojem, kiedy wszystko inne się chwiało. Kto był oparciem w momentach największej bezbronności.
A kiedy mama odeszła… więź się nie skończyła. Bo takie więzi zbudowane na dobroci są trwalsze niż życie. Nie pękają wraz z ostatnim uściskiem dłoni. Nie gasną z ostatnim oddechem. One zostają. Zapuszczają korzenie.
Dopiero później zrozumiałam, że Pani Doktor taka jest zawsze. Jej dobro nie kończy się w szpitalnych murach.
Po dyżurze wraca do domu, który dla wielu zwierząt stał się ostatnią przystanią. Wspólnie z mężem prowadzą Fundację Ochronić Niekochane — miejsce, w którym ratują zwierzęta w podeszłym wieku, chore, porzucone, takie, których „nikt już nie chce”.
To zwierzaki, które przeszły więcej, niż powinno znosić jakiekolwiek stworzenie. Często wymagają opieki 24/7. Czasem jedyne, czego jeszcze potrzebują, to spokój, czułość i godność, by ich droga zakończyła się z czyjąś dłonią na grzbiecie, a nie w samotności.
Pani Doktor powiedziała kiedyś słowa, o których myślę bardzo często:
„[…] te wszystkie lata – zarówno mojej pracy zawodowej, jak i te, które wypełniła opieka nad schorowanymi Zwierzakami, nauczyły mnie, że w obliczu prawdziwego zaangażowania, oddania i miłości, sprytnie zmieszanych ze zdobyczami medycyny – czy to ludzkiej, czy weterynaryjnej – śmierć wpada w coś jakby zażenowanie… i prawie zawsze udaje się z nią wynegocjować, by przyszła choć trochę później…”.
Ona negocjuje codziennie – w gabinecie i w domu pełnym starych, skrzywdzonych, zapomnianych zwierzaków. Dla niej każde życie jest ważne. Każde jest warte troski.
Kiedyś napisałam na tym blogu tekst:
„Każdy umiera, ale czy każdy naprawdę żyje?”
Dziś wiem, że Pani Doktor jest odpowiedzią na to pytanie.
Ona żyje naprawdę.
Bo widząc śmierć z najbliższej odległości – zarówno u ludzi, jak i u zwierząt – zrozumiała, jak bezcenne jest każde „teraz”.
I każdego dnia nadaje mu wartość:
u ludzi – dając im spokój, godność, nadzieję, obecność,
u zwierząt – dając im dom, ciepło, opiekę, ostatnie dobre chwile.
Nie pozwala, żeby życie – żadne życie – było przeżyte byle jak. Bez troski. Bez czułości. Bez kogoś obok.
Może dlatego właśnie potrafi uczynić każdy dzień ważnym.
A dziś Fundacja Ochronić Niekochane potrzebuje naszej pomocy.
Na stronie RatujemyZwierzaki.pl trwa konkurs, w którym każde udostępnienie i każda złotówka zwiększa ich szansę na wsparcie.
Tu możesz wesprzeć Fundację :
👉 [https://www.ratujemyzwierzaki.pl/organizacja-241212090]
I proszę Was – z miejsca, które przeszło przez ból i poznało prawdziwą wagę dobra:
Pomóżcie, jeśli możecie.
Wesprzyjcie, jeśli czujecie, że warto.
Udostępnijcie, jeśli ta historia Was poruszyła.
Czasem trzy złote potrafią uratować czyjeś „teraz”.
Czasem jedno udostępnienie wystarczy, by dobro znalazło drogę.
Jeśli macie w sobie, choć odrobinę przestrzeni na takie dobro – wypełnijcie ją dla nich.
A ja wierzę, że dobro wraca. Zawsze.
Szczególnie wtedy, gdy pozwolimy mu płynąć dalej – przez nasze dłonie, nasze serca, nasze słowa.
Niech wróci i tym razem.
Do ludzi, którzy codziennie negocjują życie.
Oni zasługują, by je otrzymać.
2 odpowiedzi na „To nie będzie zwykła historia”
-
I am very happy that you found your answer! Thank you for letting me read a very good story!
Actually, giving is receiving! 🤗PolubieniePolubione przez 3 ludzi
-
Giving is truly receiving. Thank you for this sentence – I will carry it with me.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-








Witaj! Twoja opinia jest ważna.