Od najmłodszych lat wchodzimy w świat, który przypomina gotowy scenariusz. Szkoła, praca, obowiązki – powtarzalne sekwencje dni układające się w coś na kształt taśmy produkcyjnej. Wchodzimy na nią bez pytania. Jakby ktoś rozrysował schemat, a naszym zadaniem było jedynie wypełnić go krok po kroku.
System nie pyta, czy chcemy w nim grać – on po prostu oczekuje, że odegramy przypisaną rolę. Z boku wygląda to trochę jak życie w wielkim mrowisku: porządek ważniejszy niż jednostka, każdy biegnie po ścieżkach, które wydeptano na długo przed jego pojawieniem, a wolność wydaje się luksusem, na który stać tylko nielicznych.
Tylko… czy naprawdę musi tak być? Czy istnieje sposób, by żyć inaczej – nie rezygnując z tego, co ważne, ale też nie gubiąc siebie po drodze? To pytanie noszę w sobie od lat. I z czasem odkrywam, że nie jestem w tym odosobniona.
Paradoksalnie, pragnienie wolności potrafi stać się pułapką. Chcemy żyć po swojemu, tworzyć, dzielić się tym, kim jesteśmy – ale jednocześnie musimy zaspokoić podstawowe potrzeby. A to często oznacza wejście w system, poddanie się jego regułom i oczekiwaniom. W efekcie zaczynamy kręcić się w kółko: próbując wyzwolić się z układu, nieświadomie wciąż go wzmacniamy.
Nawet ci, którym przypisuje się „wolne zawody” – artyści, twórcy, freelancerzy – muszą godzić się na kompromisy. Popularność, statystyki, trendy, oczekiwania odbiorców, presja bycia widocznym… To nie jest wolność od ograniczeń. To raczej sztuka odnajdywania własnej przestrzeni w świecie pełnym nacisków i nieustannego porównywania. Czasem mam wrażenie, że niewielu z nas naprawdę wychodzi poza schemat. Większość jedynie wymienia jedne ramy na inne.
Może więc prawdziwa wolność nie polega na braku obowiązków, ale na umiejętności odnalezienia w tym wszystkim swojego miejsca – małego, autentycznego skrawka życia, który jest tylko nasz? To bywa trudne. Często kosztuje samotność, niezrozumienie czy poczucie, że idzie się pod prąd.
A może wolność nie jest miejscem, do którego się dociera? Może jest bardziej jednym z tych uczuć, które pojawiają się nagle: w momencie olśnienia, w małym geście niezgody, w myśli, która nie pasuje do reszty układanki? Może prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie przestajemy udawać, że wszystko jest oczywiste.
A jednak ta droga, choć wyboista, daje sens. To ona sprawia, że naprawdę czujemy, że żyjemy, zamiast odtwarzać cudzy scenariusz. Bo wolność zaczyna się tam, gdzie przestajemy iść wyłącznie po wydeptanych ścieżkach – i zaczynamy tworzyć własne. Nie chodzi o to, by spalić scenariusz. Może wystarczy zobaczyć wreszcie ten, który nam wręczono. W całości. A potem zadać sobie niewygodne pytanie: gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Odpowiedź nie musi przyjść od razu. Może nie przyjść wcale, ale samo zadanie pytania już coś zmienia.
Moja odpowiedź też przyszła dopiero po czasie.
Wszyscy żyją według jakiegoś schematu. Ci, którzy wydają się wolni, wciąż go podtrzymują. Ci, którzy próbują się wyłamać, trafiają na margines. Wolność istnieje, ale nie jest tania. Samotność, niezrozumienie, codzienna konieczność walki – to jej cena.
I tylko my sami możemy zdecydować, czy to cena, którą jesteśmy gotowi zapłacić.
2 odpowiedzi na „Życie w mrowisku – jak znaleźć swoją wolność?”
-
Całkiem wolni to możemy być jedynie wewnętrznie. Tak przynajmniej uważam. Bo zewnętrznie świat narzuca nam zbyt wiele reguł, do których każdy (poza politykami) musi się dostosować. Ale na pewne rzeczy na szczęście mamy wpływ. Super tekst Gosiu. I ta mrówczana wizualizacja pięknie to uzupełnia.
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
-
Dziękuję Ci, Asiu😊 Masz rację – prawdziwa wolność często mieszka w nas samych. Miło mi też, że mrówcza wizualizacja Ci się spodobała. Czasem drobny obraz mówi więcej niż tysiąc słów.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-








Witaj! Twoja opinia jest ważna.