Nie zawsze mam ochotę mówić. Nie zawsze potrafię.
Są dni, kiedy każda rozmowa zdaje się być za głośna. Kiedy słowa odbijają się we mnie, zostawiając echo, którego nie potrafię uciszyć, a pytania, nawet niewinne, ważą więcej, niż mogę unieść.
W takich chwilach uciekam w ciszę. Nie z chłodu. Nie z niechęci. Nie po to, żeby się oddalić. Wręcz przeciwnie.
Cisza staje się moim schronieniem. Miejscem, gdzie mogę być sobą, bez ciężaru oczekiwań. W niej wszystko się porządkuje – myśli, które potrafią być jak poplątane nitki, emocje, które zlewają się w jedną falę i ja – trochę zbyt wrażliwa, trochę zbyt uważna, zbyt otwarta na to, co niewypowiedziane.
Czasem mam wrażenie, że zostaje we mnie więcej, niż powinno. Jakby coś nie zdążyło się rozładować, domknąć, opaść. I wtedy potrzebuję się od tego odsunąć. Nie od ludzi – raczej od wszystkiego, co dzieje się między słowami, kiedy jest ich za dużo naraz.
To nie znaczy, że nie potrzebuję ludzi. Potrzebuję. Bardzo. Ale nie w nadmiarze, nie w hałasie, nie wtedy, kiedy wszystko dzieje się jednocześnie.
Jeśli kiedyś zamilknę, nie pytaj od razu: „Co się stało?”. Może właśnie w tej ciszy jestem najbliżej siebie. I wtedy – naprawdę – nic złego się nie dzieje. Po prostu wracam do siebie.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.