Jemioła nie rośnie sama. Pojawia się na drzewach – przyczepiona, wrośnięta w gałęzie, korzystająca z tego, co już tam jest. Nie potrzebuje własnych korzeni. Wystarczy, że dobrze się zaczepi. Z daleka bywa niemal dekoracyjna – zielona, widoczna wtedy, gdy wszystko wokół traci liście. Łatwo ją zauważyć. Łatwo pomyśleć, że należy do tego miejsca. Ale jej obecność nigdy nie jest całkowicie neutralna. Zawsze zależy od tego, na czym rośnie.
W podobny sposób zaczęłam ostatnio patrzeć na niektóre reakcje w internecie.
Są wydarzenia, które natychmiast skupiają uwagę. Ktoś umiera. Ktoś choruje. Ktoś walczy o życie. Ktoś potrzebuje pomocy. I nagle wszyscy patrzą w jedno miejsce. Internet wtedy nie milknie. Przeciwnie – przyspiesza. Reakcje pojawiają się szybko, emocje krążą, kolejne osoby dołączają do tego samego strumienia.
I właśnie wtedy pojawiają się jemioły.
Nie chodzi o ludzi, którzy naprawdę przeżywają ani o tych, którzy są poruszeni i chcą to wyrazić. Chodzi o mechanizm, który pojawia się przy okazji.
Jemioła nie żyje samodzielnie. Osadza się na czymś innym – na drzewie, które daje jej miejsce i zasoby. Sama w sobie bywa niepozorna, czasem nawet ładna, ale jej istnienie zawsze zależy od tego, na czym się utrzymuje.
W podobny sposób działają niektóre reakcje. Pojawia się wydarzenie niosące emocje i niemal natychmiast zaczynają wyrastać wokół niego kolejne komunikaty: krótkie wpisy, zdjęcia, gesty, słowa w rodzaju „smutno mi” czy „serce pęka”. Czasem są szczere. Czasem trudniejsze do jednoznacznego odczytania.
Bo emocja staje się przestrzenią widoczności, a widoczność – walutą.
Jemioła nie potrzebuje własnych korzeni. Wystarczy, że dobrze się zaczepi. Ludzie–jemioły pojawiają się tam, gdzie płynie najwięcej uwagi: przy cudzej tragedii, śmierci, dramacie. Resztę robi przepływ emocji i algorytm. I nagle okazuje się, że największym kapitałem nie jest ani refleksja, ani realna pomoc, tylko bycie widocznym w odpowiednim momencie – najlepiej szybko, zanim emocja opadnie.
Nie musi to być cyniczne. To byłoby zbyt proste. Bardziej niepokojące jest to, że bywa odruchowe, wyuczone, wpisane w sposób, w jaki dziś funkcjonujemy: zobaczyć, zareagować, zaznaczyć swoją obecność. Reakcja bywa szybsza niż myśl, a obecność zaczyna znaczyć więcej niż sens.
Z zewnątrz wszystko wygląda podobnie: prawdziwy żal i dobrze ustawiony kadr, szczere współczucie i idealny timing, pomoc i autopromocja. Ten sam format, ta sama estetyka, te same słowa. Dlatego tak trudno to nazwać wprost, nie ryzykując, że oskarży się niewłaściwe osoby.
Ale jeszcze trudniej udawać, że tego nie ma.
Bo gdzieś między jednym „smutno mi” a drugim zaczyna się coś, co nie ma już wiele wspólnego ze smutkiem.
To przestaje być przeżywanie.
To jest pozycjonowanie się w emocji.
I zostaje pytanie: kiedy jeszcze jesteśmy świadkami, a kiedy zaczynamy korzystać z widoku?







Witaj! Twoja opinia jest ważna.