Kiedy słyszę, że dobrzy ludzie nie zasługują na cierpienie, odruchowo się zgadzam. Trudno się nie zgodzić. Jest w tym coś głęboko ludzkiego.
Ale po chwili pojawia się pytanie, którego zwykle nie zadajemy.
Jeżeli dobrzy ludzie nie zasługują na cierpienie, to co właściwie znaczy, że ktoś na nie zasługuje?
To pytanie budzi we mnie opór. Nie dlatego, że nie dostrzegam zła ani nie wierzę w konsekwencje czynów. Raczej dlatego, że gdy próbuję wyobrazić sobie cierpienie jako sprawiedliwą zapłatę za winę, zaczynam się gubić.
Kto miałby w ogóle mieć prawo zdecydować, kto jest dobry, a kto zły? Czy człowiek jest tylko jednym albo tylko drugim? A jeśli ktoś postąpił źle, to jakie cierpienie byłoby adekwatne? Choroba? Samotność? Utrata kogoś bliskiego – tylko po to, by wyrównać rachunek?
Im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej widać, że cierpienie nie poddaje się logice moralnej księgowości. Spotyka ludzi uczciwych i nieuczciwych. Ostrożnych i lekkomyślnych. Życzliwych i okrutnych – bez wyraźnego porządku, który dałoby się obronić.
Może dlatego pytanie o sprawiedliwość jest tak trudne. Chcielibyśmy wierzyć, że świat działa według przejrzystych zasad: dobro zostaje nagrodzone, zło ukarane. Tymczasem doświadczenie często temu przeczy.
Nie wiem, czy świat jest sprawiedliwy. Wiem natomiast, że bardzo potrzebujemy sprawiedliwości. Może nawet bardziej niż odpowiedzi na pytanie, czy ona istnieje.
Bo jeśli dobro ma sens tylko wtedy, gdy zostaje nagrodzone, staje się transakcją. Jeśli jednak zachowuje wartość także wtedy, gdy nie daje żadnej gwarancji nagrody, przestaje być kalkulacją – i staje się wyborem.
I może właśnie na tym polega trudność: nie na ustaleniu, kto zasługuje na cierpienie, ale na znalezieniu powodów, by wybierać dobro w świecie, który nie daje gwarancji sensu.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.