W sobotę upiekłam babeczki.
Mogłam je kupić. Tak byłoby szybciej. Zaoszczędziłabym czas, energię i pewnie nawet trochę pieniędzy. Przez chwilę pomyślałam, że to byłoby rozsądniejsze. Przecież ten czas mogłam przeznaczyć na coś innego. Mogłam napisać tekst, przeczytać książkę, zrobić coś tylko dla siebie.
A jednak wyjęłam miskę, odmierzyłam składniki i zaczęłam piec.
Kilka godzin mieszania, pieczenia i dekorowania. Efekt? Kilkadziesiąt minut przy stole. Potem po babeczkach nie było już śladu. Gdyby kierować się wyłącznie logiką, nie miało to najmniejszego sensu.
Łatwo uwierzyć, że warto robić tylko to, po czym coś zostaje. A przecież największa i najważniejsza część naszego życia składa się z rzeczy, które znikają niemal natychmiast.
Rozmowa kończy się po godzinie. Spacer trwa chwilę. Kolacja znika w kilka minut.
Niektórych rzeczy nie tworzy się po to, żeby trwały. Tworzy się je po to, żeby wydarzyły się właśnie teraz.
Przy mieszaniu ciasta dotarło do mnie, że całe nasze życie składa się z takich mikrowyborów. Rzadko wybieramy między czymś dobrym a złym. Znacznie częściej wybieramy między dwiema dobrymi rzeczami. Między dwoma różnymi scenariuszami na to samo popołudnie, z których każdy wydaje się właściwy.
Za większość rzeczy nie płacimy pieniędzmi. Płacimy czasem.
To dość bezwzględna waluta. Pieniądze można odrobić. Przedmiot odkupić. Wiele błędów naprawić. Ale godzina, która minęła, już nie wróci. Nie można jej odzyskać, można tylko zdecydować, w co ją zamienimy.
Moje sobotnie przedpołudnie zamieniło się w babeczki. Nie wiem, czy był to najlepszy możliwy wybór. Może napisałabym wtedy genialny esej. Może zwyczajnie bym odpoczęła. Tego już się nie dowiem. Za to wiem, że przy stole usiedli ludzie, o których myślałam, kiedy mieszałam ciasto. I że przez tę krótką chwilę było nam po prostu dobrze.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.