Czym właściwie jest pisanie?
Przez lata myślałam o nim przede wszystkim jak o sztuce posługiwania się słowem. O umiejętności nazywania rzeczy, budowania zdań i porządkowania myśli.
Ostatnio zaczęłam jednak zgłębiać kognitywistykę. Nie po to, żeby lepiej pisać. Chciałam lepiej zrozumieć człowieka – to, jak myślimy, zapamiętujemy, przetwarzamy informacje i dlaczego czasem tak trudno nam naprawdę się porozumieć. I wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam. Nagle zobaczyłam pisanie z zupełnie innej perspektywy.
Autor i czytelnik nigdy nie siedzą przy tym samym stole.
Kiedy piszę, mam przed sobą cały swój stół montażowy. Leżą na nim doświadczenia, przeczytane książki, rozmowy, wspomnienia, emocje i skojarzenia. Jakaś rozmowa sprzed lat. Zdanie z książki, które zostało ze mną dłużej, niż się spodziewałam. Sytuacja, której znaczenie zrozumiałam dopiero po czasie.
To wszystko przez lata odkładało się w moim umyśle. Kiedy piszę, nie zaczynam od zera. Widzę połączenia, które dla mnie są już naturalne. Jedna myśl prowadzi do następnej, często tak płynnie, że nawet nie zauważam, ile niedopowiedzeń i skrótów zostawiam między jednym zdaniem a drugim.
Czytelnik nie widzi tego, co leży na moim stole montażowym.
Przychodzi do tekstu po raz pierwszy. Nie zna drogi, którą przeszłam. Nie ma mojej mapy skojarzeń. Widzi tylko to, co udało mi się zapisać.
To właśnie uświadomiła mi kognitywistyka. Nie nauczyła mnie pisać. Pokazała mi natomiast coś znacznie ważniejszego.
Umysł nigdy nie pracuje na pustej kartce.
Zawsze korzysta z tego, co już wie, pamięta i z czym potrafi połączyć nowe informacje. Dlatego autor i czytelnik zawsze rozpoczynają lekturę z dwóch różnych miejsc.
Ta myśl wiele zmieniła w moim sposobie patrzenia na pisanie. Kiedy pisałam do szuflady, mogłam pozwolić sobie na skróty. Tekst był zapisem mojego myślenia i nie musiał niczego wyjaśniać. Ale w chwili, gdy zaczął trafiać do innych ludzi, przestał być rozmową z samą sobą.
Stał się spotkaniem.
A każde spotkanie niesie ze sobą odpowiedzialność. Nie za to, żeby wszystko upraszczać. Nie za to, żeby rezygnować z trudnych tematów czy bogatego języka. Tylko za pamięć, że po drugiej stronie siedzi człowiek, który nie widzi mojego stołu montażowego.
Łatwo o tym zapomnieć – nie z chęci onieśmielenia kogoś, ale z czystego przyzwyczajenia. Po prostu zbyt dobrze znam własną drogę myślenia, by w porę zauważyć, że czytelnik dopiero na nią wchodzi.
To przede wszystkim przestroga dla mnie. Wiem, że mogę zostawić czytelnika kilka kroków za sobą. Mogę uznać coś za oczywiste tylko dlatego, że od dawna noszę to w swojej głowie.
Jeśli tak się zdarzy, nie będzie to wynikiem lekceważenia. Będzie przypomnieniem, że mój własny umysł również ulega skrótom i przyzwyczajeniom.
I chyba właśnie to jest najcenniejszą rzeczą, jaką do tej pory dała mi kognitywistyka. Nie gotowe odpowiedzi. Nie przepis na lepsze pisanie. Raczej większą pokorę.
Bo pisanie nie jest tylko sztuką posługiwania się słowami.
Jest próbą spotkania dwóch umysłów.
A takie spotkanie zaczyna się od świadomości, że czytelnik nie siedzi przy moim stole montażowym. Jeśli chcę, by zrozumiał, do czego doszłam, muszę odsłonić przed nim coś więcej niż same słowa.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.