Sierpień wielkimi krokami zbliża się do końca. Nie miałam w tym miesiącu zbyt wiele miejsca na pisanie. Mój czas i energia były potrzebne komuś bliskiemu. Oczywiście odczuwałam głód literek. Miałam w głowie różne pomysły, które mogły ułożyć się w teksty. Czasem myślałam: szkoda, że teraz nie mogę się tym zająć. A jednak nie żałuję. Teoretycznie z czegoś zrezygnowałam. Z własnego czasu, z pisania, z kawałka tego, co lubię. A mimo to nie miałam poczucia, że coś mi zabrano. Sama zdecydowałam, gdzie chcę być. I właśnie to sprowokowało mnie do przemyśleń.

W życiu wielokrotnie z czegoś rezygnujemy. Ale można zrezygnować z czegoś swojego i wcale nie czuć, że się coś straciło. Oddać komuś swój czas i nie mieć poczucia, że został nam odebrany. Zrobić coś, czego wcale nie planowaliśmy, i być z tym w zgodzie. Ale znam też drugą stronę. Takie „tak”, które wychodzi z ust szybciej niż myśl. „Dobrze, zrobię”. „Jasne, nie ma problemu”. „Oczywiście, że przyjadę”. A potem człowiek zostaje sam ze swoim zmęczeniem i zastanawia się, dlaczego właściwie się zgodził.

Z zewnątrz niewiele różni jedno „tak” od drugiego. W obu przypadkach robi się coś dla kogoś. W obu przypadkach rezygnuje się z kawałka swojego czasu. A jednak jedno jest wyborem, a drugie jakoś nie.

I chyba właśnie tutaj zaczęła się moja myśl o autonomii.

Długo wydawało mi się, że wolność polega przede wszystkim na tym, że mogę wybierać. Mogę zdecydować, gdzie pójdę, z kim będę, czym się zajmę. Dzisiaj myślę, że to nie takie proste. Bo czasem wybór istnieje tylko na papierze. Teoretycznie mogę powiedzieć „nie”, ale wiem, co się wtedy wydarzy. Ktoś się obrazi. Ktoś poczuje się zawiedziony. Może usłyszę, że przecież kiedyś można było na mnie liczyć, a teraz nagle nie można.

Mówię więc „tak”. Nie dlatego, że chcę. Dlatego, że łatwiej. I coraz częściej zastanawiam się, ile znaczą nasze „tak”, jeśli nie czujemy, że wolno nam powiedzieć „nie”.

Trudno wyobrazić sobie odmowę bez uzasadnienia. Bo samo „nie chcę” wydaje się czasem zaskakująco małym powodem. Potrzebujemy czegoś większego. Wytłumaczenia. „Nie mogę, bo jestem chora”. „Nie mogę, bo mam dużo pracy”. „Nie mogę, bo jestem zmęczona”. Jakby trzeba było najpierw udowodnić, że mamy prawo odmówić. A przecież czasem po prostu nie chcę. Nie dlatego, że ktoś jest zły. Nie dlatego, że przestałam kochać. Po prostu dzisiaj wybieram coś innego. I nie musi za tym stać żadna wielka historia.

To nie zawsze jest łatwe do przyjęcia. Zwłaszcza kiedy dotyczy kogoś bliskiego. Bo bliskość ma w sobie coś, co czasem bardzo łatwo pomylić z prawem do drugiego człowieka. Jeśli jesteś moją matką, chyba powinnam chcieć z tobą rozmawiać. Jeśli jesteś moim partnerem, chyba powinnam chcieć być przy tobie. Jeśli jesteś moim dzieckiem, chyba powinnam zawsze mieć dla ciebie czas. „Przecież jesteśmy rodziną”. „Przecież mnie kochasz”. „Przecież wiesz, jak bardzo tego potrzebuję”.

I przecież za tymi zdaniami nie zawsze kryje się zła intencja. Czasem jest w nich zwyczajna tęsknota. Potrzeba bycia ważnym. Potrzeba bliskości. Chęć, żeby ktoś był obok. To wszystko jest ludzkie. Tylko że potrzeba jednej osoby nie staje się przez to automatycznie obowiązkiem drugiej.

I chyba to jest trudniejsze, niż się wydaje. Bo mogę być komuś potrzebna i jednocześnie nie być mu nic winna. Kogoś kochać i nie chcieć czegoś zrobić. Powiedzieć „nie” i nadal darzyć kogoś uczuciem. I druga osoba może się z tym źle czuć. Może być jej przykro. Może się rozczarować. Może nawet przez chwilę mieć do mnie żal.

Nie wiem, czy bliskość byłaby w ogóle możliwa, gdybyśmy mieli obowiązek chronić się nawzajem przed każdym rozczarowaniem. Może chodzi raczej o coś innego. O to, żeby czyjeś „jest mi przykro” mogło pozostać właśnie tym – czyimś uczuciem, a nie argumentem, którym trzeba zmienić moją decyzję. Bo przecież ja mogę powiedzieć: „Rozumiem, że jest ci przykro”. I jednocześnie: „Nie chcę”. Obie rzeczy mogą być prawdziwe.

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, że autonomia nie ma chyba wiele wspólnego z samotnością. Ani z egoizmem. Nie chodzi o to, żeby nikogo nie potrzebować. Nie chodzi nawet o to, żeby zawsze wybierać siebie. Wielokrotnie wybieram kogoś. Oddaję mu swój czas, odkładam własne plany. Jadę, choć wolałabym zostać w domu. Zostaję, choć mogłabym robić coś zupełnie innego. I nadal czuję, że to jest moje.

Myślę o tym również wtedy, kiedy słyszę zdanie: „Poświęciła się dla rodziny”. Zawsze brzmi ono trochę jak pochwała. A ja coraz częściej zastanawiam się, co właściwie kryje się pod słowem „poświęcenie”. Czy zrobiła to z miłości? Czy dlatego, że nie widziała innego wyjścia? A może przez tyle lat powtarzano jej, że tak właśnie powinna?

Tego z zewnątrz właściwie nie widać. Widać tylko człowieka, który daje. A przecież można dawać z miłości i można dawać ze strachu. Można zostać, bo chce się zostać, albo dlatego, że nie potrafi się odejść. Można powiedzieć „tak”, bo naprawdę tego chcemy, i można powiedzieć dokładnie to samo słowo, czując gdzieś pod nim własne „nie”.

Zupełnie nie przekonuje mnie myślenie o miłości jako o czymś, co daje nam prawo do drugiego człowieka. Do jego czasu, uwagi, obecności. Do jego decyzji.

Kochany człowiek nadal pozostaje osobnym człowiekiem. Ma własne życie, nawet jeśli dzieli je ze mną. Ma własne potrzeby. Własne zmęczenie. Własne „nie”.

Miłość potrzebuje nie tylko bliskości, ale też odrębności. Bo jeśli jesteśmy tak blisko, że nie ma już miejsca na osobne decyzje, to co właściwie zostaje z wyboru?

A przecież chcę być wybierana. Nie dlatego, że ktoś musi. Nie dlatego, że jest mi coś winien. Nie dlatego, że nasze życie, związek czy pokrewieństwo odbiera mu możliwość powiedzenia „nie”. Chcę, żeby został, ponieważ chce zostać. Żeby dał mi swój czas, ponieważ chce mi go dać. Żeby był obok, choć mógłby być gdzie indziej.

Może właśnie wtedy „tak” znaczy najwięcej. Kiedy obok niego naprawdę może istnieć „nie”.

Czy na tym właśnie polega różnica między tym, że ktoś jest przy mnie, a tym, że mam go na własność? Nie wiem.

Ale od kilku tygodni myślę o tym coraz częściej.

I chyba jeszcze nie skończyłam.

2 odpowiedzi na “Kiedy „tak” naprawdę znaczy „tak”?”

  1. Awatar iltanalivingetc

    To trudny temat…

    Przyglądam się swoim „tak” na przestrzeni lat. Pod wieloma kryło się „nie”. Nie żałuję czasu, jaki dałam jednym, żałuję, że dałam go innym. W obu przypadkach chciałam im go dać. Ale to już trochę inny wątek…

    Do dziś, a wkroczyłam już w jesień życia, nie potrafię odmawiać. To moja pięta achillesowa.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Awatar Małgorzata Gromuł

      Chyba wcale nie jest łatwo się tego nauczyć, nawet kiedy człowiek ma już za sobą tyle doświadczeń. Może dopiero z czasem zaczynamy widzieć, że odmowa nie jest niczym złym. Choć sama wiem, że wiedzieć to jedno, a umieć powiedzieć „nie” w odpowiednim momencie – to zupełnie co innego.❤️

      Polubione przez 1 osoba

Witaj! Twoja opinia jest ważna.

Od akapitu, od słowa, od serca

Witaj na mojej stronie. W miejscu, gdzie słowa mają znaczenie.

Pisanie to dla mnie przede wszystkim pasja i sposób wyrażania siebie. To ważna część życia. Uwielbiam czas, kiedy mogę zatrzymać myśli, podzielić się refleksjami i opowiedzieć historie, które noszę w sercu.

Tu znajdziesz opowieści o codzienności, o życiu, które czasem jest pełne nadziei, a czasem nieźle daje w kość. To przestrzeń szczerości i prawdy, bez zbędnych ozdobników.

Na tej stronie będę też dzielić się swoją twórczością – opowiadaniami, bajkami, wierszami i książkami, które powstają na moim biurku.

Zapraszam Cię do wspólnej podróży. Niech słowa połączą nas w tym, co najważniejsze.