Zerknęłam dziś do kalendarza i zobaczyłam, że 2 września obchodzimy Światowy Dzień Pozyskiwania Talentów. No proszę. Kalendarz ma najwyraźniej ambicje, żeby codziennie mnie czymś zaskoczyć. Zaczęłam się zastanawiać, czym właściwie jest talent. I oczywiście pierwsze, co przyszło mi do głowy, to że chyba nie mam żadnego.
Bo przecież talent powinien być czymś spektakularnym. Ktoś siada przy pianinie i gra jak wirtuoz. Ktoś śpiewa tak, że człowiek wstrzymuje oddech. Ktoś rysuje i nagle okazuje się, że kartka papieru może wyglądać lepiej niż rzeczywistość. Albo bierze kostkę Rubika, chwilę nią pokręci i odkłada ułożoną. Ja też kiedyś próbowałam. Kostka nadal ma się dobrze. Ja również, choć nasze drogi raczej już się nie skrzyżują.
Ale słowo „talent” ma swoją ciekawą historię. W przypowieści o talentach nie był zdolnością. Nie oznaczał umiejętności śpiewania, malowania ani układania kostki Rubika. Był jednostką wagi, a zarazem dużą wartością pieniężną. Czyli zanim talent stał się czymś, co mamy w sobie, był czymś, co dostawaliśmy.
Wróciłam do tej przypowieści. Człowiek wyjeżdża i powierza swój majątek trzem sługom. Jednemu daje pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden. Nie po równo. Dwaj pierwsi pomnażają to, co dostali. Trzeci zakopuje swój talent w ziemi.
Moja głowa, jak zwykle, nie poprzestała na przeczytaniu historii. Natychmiast uruchomiła produkcję i już po chwili miałam więcej pytań niż talentów w całej przypowieści. Bo właściwie co jest w tej historii najważniejsze? Że trzeba pomnażać to, co się dostało? Że nie wolno bać się ryzyka? Że odpowiadamy za to, co zostało nam powierzone? Że nie wszyscy dostajemy tyle samo, ale każdy dostaje coś? Że jeden talent też ma wartość? A może właśnie to, że jeden dostał pięć, drugi dwa, a trzeci tylko jeden? A może chodzi o porównywanie własnego jednego do czyichś pięciu?
No właśnie. Im dłużej o tym myślałam, tym mniej byłam pewna, która z tych myśli jest najważniejsza. Bo przecież można patrzeć na tę historię z perspektywy tych, którzy pomnożyli. Ale można też przez chwilę zatrzymać się przy tym, który zakopał. Dlaczego to zrobił? Może był leniwy. Może tchórzliwy. Może bał się porażki. A może pomyślał: mam jeden. Lepiej go zachować, niż ryzykować, że nie będę miał nic. I nagle z jednej przypowieści zrobiło mi się kilka.
Bo z własnymi talentami chyba mamy czasem problem. Cudze widzimy bez trudu. „Ale on świetnie pisze”. „Ona ma niesamowity głos”. „Ten potrafi rozmawiać z każdym”. „A tamta ma głowę do liczb”. A o sobie? „Eee, przecież każdy tak potrafi”. To, co u kogoś nazywamy talentem, u siebie często nazywamy charakterem, doświadczeniem, przypadkiem albo zwykłym „jakoś tak mam”.
Może dlatego, że własne talenty są z nami zbyt długo, żeby robiły na nas wrażenie. Jeżeli coś przychodzi mi łatwo, trudno mi uwierzyć, że może być czymś wyjątkowym. A już szczególnie trudno pomyśleć, że może warto coś z tym zrobić. Czasem zresztą nawet nie przychodzi nam do głowy, że to może być talent. Ktoś ma cierpliwość do ludzi i uważa, że po prostu taki już jest. Ktoś potrafi słuchać i nie widzi w tym nic szczególnego. Bywa, że godzinami siedzimy nad czymś, co innych po piętnastu minutach doprowadza do szału. A ktoś inny umie opowiedzieć zwyczajną historię tak, że wszyscy chcą jej słuchać.
My często nawet tego nie zauważamy. Bo przecież jesteśmy tacy od zawsze. Świat zresztą trochę nam w tym nie pomaga. Lubi talenty, które można zobaczyć. Najlepiej takie, które da się pokazać, nazwać, a potem jeszcze jakoś wykorzystać. Talent do słuchania? Dobrze. Może zróbmy z tego podcast. Umiesz porządkować chaos? Świetnie, wpiszmy to do CV. Pieczesz ciasta? Jeszcze lepiej, można od razu założyć konto w mediach społecznościowych. Jakby samo „jestem w czymś dobra” było trochę za małe. A przecież nie wszystko, co potrafimy, musi od razu stać się zawodem. Nie każdą umiejetność trzeba zamienić w projekt, markę osobistą czy dodatkowe źródło dochodu. Można coś po prostu mieć.
Tylko wtedy pojawia się pytanie: co właściwie robimy z tym, co dostaliśmy? Porównujemy z tym, co mają inni? Czekamy, aż okaże się, że dostaliśmy za mało? Udajemy, że naszego jednego właściwie nie ma? Czy próbujemy coś z nim zrobić?
Nie wiem, która interpretacja tej biblijnej przypowieści jest jedyną właściwą. I chyba tym razem nie chcę wybierać. Bardziej interesuje mnie sam moment zakopywania. Ten moment, w którym coś mamy, ale uznajemy, że lepiej tego nie ruszać. Bo może się nie udać. Bo ktoś inny zrobi to lepiej. Bo to przecież nic takiego. Bo jeśli mam tylko jeden, to może nie ma sensu nawet zaczynać. I wtedy ten jeden zostaje pod ziemią. Nie znika. Nadal tam jest. Tylko nikt go nie widzi. Może właśnie tak tracimy część rzeczy, które mogłyby coś w naszym życiu zmienić. Nie dlatego, że ich nie mamy. Po prostu zbyt długo trzymamy je w bezpiecznym miejscu. Pod skromnością. Pod porównywaniem się. Pod „inni są lepsi”. Pod strachem przed tym, co będzie, jeśli jednak spróbujemy.
2 września. Światowy Dzień Pozyskiwania Talentów. Ciekawe, ile talentów pozyska dziś świat. I ile własnych uda nam się odkopać.
Nie wiem jeszcze, ile mam talentów. Może pięć. Może dwa. Może jeden. Kostki Rubika nadal nie umiem ułożyć. Ale chyba już wiem, że nie każda rzecz, której nie potrafię, jest dowodem na brak talentu.
I to jest całkiem niezła wiadomość, jak na takie święto. W końcu dziś świętujemy talenty, a nie ich brak.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.