Nie piszę ostatnio zbyt często. I zaczyna mnie to niepokoić.
Mam wrażenie, że wszystko, co zwykle uruchamiało we mnie słowa, gdzieś się rozproszyło. Że mój własny rytm odsunął się ode mnie i nie bardzo wiem, jak do niego wrócić.
Myślałam, że to chwilowe. Że wystarczy usiąść i zacząć. Ale to tak nie działa.
Szukam tego momentu „klik”, tego pierwszego zdania, które otwiera resztę. Zamiast tego trafiam na ciszę, która nigdzie nie prowadzi.
I chyba najbardziej martwi mnie nie to, że nie piszę, tylko że przestaję wiedzieć, od czego we mnie zaczynało się pisanie.
Kiedyś to było prawie niezauważalne. Jakby coś zapalało się samo, zanim zdążyłam to nazwać. Zdanie pojawiało się pierwsze, a ja po prostu szłam za nim.
Teraz czekam na ten moment, zanim się wydarzy – a on się nie wydarza. Zamiast wejścia jest zatrzymanie. Zamiast ruchu – sprawdzanie, czy już.
I właśnie tej różnicy nie umiem już ignorować.
To nie brak słów. Nie brak tematów. Tylko brak tego jednego momentu, w którym pisanie zaczynało się samo, bez mojego udziału.
Przez to wszystko mam wrażenie, że nie tyle przestałam pisać, co przestałam trafiać do miejsca, z którego pisanie wychodziło naturalnie.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.