1 maja pachnie dymem.
Nie historią ani ideą – tylko grillem i czymś, co skwierczy na ruszcie.
Ktoś stoi w klapkach na trawie, ktoś przewraca kaszankę, ktoś nalewa coś do szklanki, ktoś kroi chleb na plastikowym stole. W tle radio, dzieci biegające bez celu, pies, który też chce kawałek. Dzień jak wiele innych, tylko trochę wolniejszy.
A przecież nie od tego się zaczęło.
Zanim 1 maja stał się dniem wolnym, był dniem sprzeciwu. W XIX wieku ludzie pracowali po kilkanaście godzin dziennie i w pewnym momencie powiedzieli „dość”. Chodziło o coś bardzo prostego: o czas, który nie należy do pracy. O życie poza nią. Z tej potrzeby wyrosło Święto Pracy.
Później zaczęło zmieniać formę. W Polsce przez lata miało bardzo konkretny kształt: pochody, sztandary, tłumy ustawione w równych rzędach. W czasach PRL 1 maja było czymś, w czym się uczestniczyło – niezależnie od tego, co się myślało.
Dziś mało kto się do tego przyznaje. Na pochody przecież nikt nie chodził. Wszyscy byli przeciw. A jednak ulice były pełne.
Byłam wtedy dzieckiem. W harcerstwie. Szliśmy ramię w ramię. Były próby przed marszem, ustawianie kroków, powtarzanie wszystkiego tak długo, aż zaczynało wyglądać idealnie.
Miałam na szyi bębenek – chyba fachowo werbel. Trzeba było uderzać pałeczkami w odpowiednim rytmie. Bardzo to przeżywałam – że się pomylę, że stuknę w złym momencie.
W końcu i tak poszliśmy bez tych werbli. Może chodziło tylko o to, żeby nauczyć nas wspólnego kroku, tego rytmu, który ma się zgadzać niezależnie od wszystkiego.
A ja byłam z tego dumna. Że mam instrument. Że jestem częścią czegoś większego. Łatwo było wtedy pomylić przynależność z podporządkowaniem. To „coś większego” było po prostu dobrze zorganizowanym tłumem.
Ale dla mnie to było ważne. Może dlatego, że będąc w środku, wszystko bierze się bardziej serio, niż wynikałoby to z jego znaczenia.
Dość tych prywatnych wspomnień.
Dziś 1 maja wygląda inaczej. Nie ma marszu, nie ma narzuconego rytmu. Jest coś spokojniejszego, bardziej własnego. Odpoczynek, który kiedyś był postulatem, stał się oczywistością. Dzień, który miał opowiadać o pracy, stał się dniem relaksu. Święto wspólnoty stało się czymś bardzo prywatnym.
Święta chyba tak mają. Nie są stałe. Zmieniają się razem z nami. Czasem poważne rzeczy schodzą na dalszy plan, a zostają te najprostsze – jak jedzenie na świeżym powietrzu.
1 maja nie jest już o pracy. Jest o tym, że w końcu można na chwilę przestać.
Usiąść i pozwolić, żeby coś spokojnie skwierczało w tle.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.