Siedziałam w poczekalni przychodni, gdzieś między „panem Jerzym F.” a „panią Janiną P.” wywoływanymi z gabinetu. Było duszno. Większość osób siedziała w milczeniu, wpatrzona w podłogę albo w telefon. Tym bardziej wyróżniała się ta trójka.
Pan był głośny, ekspresyjny. Mówił dużo, łatwo skracał dystans, co chwilę rzucał jakiś komentarz. Jedna z pań szybko weszła w ten ton. Śmiała się głośno, odpowiadała mu żartem na żart, poprawiała włosy, kiedy się do niej zwracał. Druga siedziała naprzeciwko. Spokojniejsza. Bardziej obserwująca. Ale też wyraźnie wciągnięta w tę rozmowę.
I cała poczekalnia trochę zaczęła ich słuchać. Ludzie zerkali znad książek i telefonów. Ktoś wymienił z kimś porozumiewawcze spojrzenie. Ten pan był już przecież „jakiś”. Trochę flirciarz. Trochę bajerant. Taki, co nawet w przychodni musi być w centrum uwagi. Sama złapałam się na tym, że też zaczynam go sobie układać.
Rozmowa płynęła dalej lekko i swobodnie.
W pewnym momencie pan powiedział:
– Muszę sobie podkręcić głośność. Proszę powtórzyć.
Brzmiało to jak kolejny żart, więc kobieta natychmiast podchwyciła:
– Uszy się myje. Są specjalne płyny.
Kilka osób uśmiechnęło się pod nosem. Pan też się uśmiechnął.
I wtedy druga spojrzała na niego uważniej.
– Czy pan ma aparat słuchowy?
– Tak – odpowiedział spokojnie.
Rozmowa nie urwała się od razu, ale jakby nagle poprzesuwały się znaczenia. Tamtej kobiecie zrobiło się niezręcznie. Zamilkła, potem przeprosiła.
I na tym mogłoby się skończyć. A jednak coś zostało ze mną na dłużej. Nie jej żart. Nie jego aparat słuchowy. Tylko to, jak szybko wszyscy zdążyliśmy wiedzieć, kim on jest. Jedno zdanie. Kilka minut obserwacji. Garść własnych skojarzeń. I tyle.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.