Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że słowa nie tylko opisują świat. One po prostu zmieniają to, jak widzimy w nim swoje miejsce. Kiedy mówimy o sobie albo o drugim człowieku, rzadko zatrzymujemy się przy samym języku. A to właśnie język decyduje, gdzie w ogóle umieścimy człowieka – w centrum, na marginesie, w normie albo w problemie.
Najwyraźniej widać to w języku, którym próbujemy opisać stany emocjonalne – zwłaszcza te, które trudno uchwycić.
Czy smutek zawsze był „stanem psychicznym”? A może kiedyś był czymś zupełnie innym – czymś, co miało ciężar, kolor i miejsce w ciele?
Dawniej nie opisywano go językiem psychologii. Był czymś, co dzieje się w ciele. „Czarna żółć” nie brzmiała jak metafora. Można było ją sobie niemal wyobrazić jako coś, co naprawdę krąży w ciele. Brzmiała jak opis rzeczywistości – jak coś, co naprawdę może się w człowieku gromadzić, przesuwać i zaburzać proporcje.
W takim języku człowiek jest całością – kruchą, zależną od równowagi, w której wszystko ma swój ciężar i temperaturę. Nie jest osobną głową analizującą własne emocje.
Z czasem zmienił się sposób myślenia. Pojawiła się melancholia.
I nagle smutek przestał być już tylko fizjologią. Stał się czymś wewnętrznym, niemal znaczącym. Ktoś jest melancholijny – i to nie brzmi już jak diagnoza, ale jak opis sposobu istnienia. Jakby ten stan mówił coś o wrażliwości, o patrzeniu na świat, o intensywności przeżywania.
Z melancholii rodzi się też obraz: ktoś siedzi przy oknie, ktoś pisze list, ktoś patrzy w coś, czego inni nie widzą. Język przestaje jedynie opisywać stan – zaczyna go estetyzować. I ten sam smutek nagle otrzymuje zupełnie inny ciężar.
Później przychodzi język, który chce wszystko uporządkować: „objawy”, „zaburzenia”, „regulacja”, „funkcjonowanie”. Człowiek przestaje być kimś, kto przeżywa świat w sposób nieuchwytny. Zaczyna być systemem. Czymś, co działa albo nie działa. Co się mieści w normie albo z niej wypada.
To nie jest już melancholia. To „obniżony nastrój”. Nie „tęsknota”, lecz „reakcja emocjonalna”. Nie „ciemność w środku”, tylko „stan kliniczny”.
A potem pojawia się jeszcze inny język, w którym człowiek zaczyna być zasobem: „wypalenie”, „przebodźcowanie”, „efektywność”, „produktywność”, „balans między życiem a pracą”. Tu nie chodzi już nawet o to, co ktoś czuje. Tylko o to, jak wiele jeszcze wytrzyma.
Widać wtedy wyraźnie, że to nigdy nie są tylko słowa – to różne sposoby ujmowania człowieka.
W jednym języku człowiek jest układem równowagi. W innym – czymś, co się „reguluje”. Jeszcze gdzie indziej – już tylko mechanizmem. A czasem po prostu zasobem, który się zużywa, choć nikt tego tak nie powie wprost.
A przecież wszystkie te języki nadal w nas istnieją. Ten sam człowiek może jednego dnia powiedzieć: „jestem zmęczony”, innego: „jestem wypalony”, a jeszcze innego: „jest mi po prostu cholernie ciężko i nie umiem tego nazwać”.
Każda z tych wersji jest prawdziwa. Ale każda umieszcza człowieka trochę gdzie indziej.
I właśnie to warto sobie przypominać częściej: kiedy nazywamy rzeczy, nie tylko je porządkujemy. Ustawiamy je. Czasem bardzo delikatnie. A czasem tak, że człowiek nagle znajduje się w świecie, którego sam nie wybrał – tylko dlatego, że użyto wobec niego takiego, a nie innego słowa.
Dlatego język nigdy nie jest tylko językiem. Bo zanim powiemy „to tylko sposób mówienia”, zdążył już zdecydować, jak będziemy widzieć siebie nawzajem.
Kiedy nazywamy czyjś stan „zaburzeniem”, widzimy człowieka inaczej, niż gdy nazwiemy go „doświadczeniem”. Kiedy mówimy „objaw” – inaczej niż wtedy, gdy powiemy „przeżycie”. Kiedy mówimy „problem” – inaczej niż wtedy, gdy mówimy „historia”.
Zmienia się nie tylko brzmienie zdania. Zmienia się pozycja człowieka w tym zdaniu. I to nie jest neutralne.
Często robimy to automatycznie. Wchodzimy w język, który już wcześniej zdecydował za nas, jak należy widzieć rzeczywistość, emocje, a w końcu także siebie.
Warto czasem się zatrzymać nie przy tym, co mówimy, tylko przy tym, jak mówimy. W jakim świecie umieszczamy drugiego człowieka, kiedy go opisujemy – albo siebie?







Witaj! Twoja opinia jest ważna.