Czasem o tym, czy ktoś odważy się rozwinąć swoje możliwości, decyduje coś zaskakująco prostego: reakcja drugiej osoby. Sposób, w jaki ktoś patrzy, słucha, odpowiada. Czasem to tylko drobny gest, jedno zdanie, chwila uwagi. Niby nic wielkiego, a jednak człowiek nagle prostuje plecy i myśli: „może jednak dam radę”.
Psychologia ma na to nawet swoją nazwą – efekt Rosenthala.
W latach 60. XX wieku Robert Rosenthal i Lenore Jacobson przeprowadzili w szkołach eksperyment, który do dziś pojawia się w podręcznikach psychologii. Nauczycielom powiedziano, że część uczniów w ich klasach ma ponadprzeciętny potencjał intelektualny. W rzeczywistości dzieci wybrano zupełnie losowo.
Po roku okazało się, że właśnie te „wybrane” dzieci zrobiły największe postępy w nauce. Nie dlatego, że nagle stały się zdolniejsze. Nie zmienił się program nauczania, nie zmieniły się warunki w klasach. Zmieniło się coś subtelnego: sposób, w jaki nauczyciele na nie patrzyli. Dostawały więcej uwagi, więcej cierpliwości i więcej okazji, żeby spróbować. Nauczyciele częściej zadawali im pytania, dłużej czekali na odpowiedź, zachęcali do kolejnych prób.
Ktoś – mówiąc obrazowo – dmuchał im w skrzydła.
Brzmi pięknie. Trochę jak dowód na to, że jeden życzliwy człowiek może zmienić czyjeś życie.
I tutaj wszystko byłoby inspirujące, gdyby nie pewna rzecz. Moja dociekliwość. Bo kiedy czytam o takich historiach, zawsze pojawia się we mnie małe pytanie: a co było dalej? Co stało się z dziećmi? Czy rzeczywiście poleciały wyżej? Czy ich życie potoczyło się inaczej?
No więc zaczęłam szukać. I okazało się, że… właściwie nic nie wiadomo. Nikt nie przeprowadził badań, które śledziłyby losy tych konkretnych dzieci w dorosłym życiu. Nie wiemy, czy ten podmuch wiatru pod skrzydłami uniósł je na lata, czy tylko na jeden rok szkolny. Być może był to impuls, który coś w nich uruchomił. A być może efekt był krótszy, bardziej sytuacyjny.
I w tym momencie zamiast wielkiego psychologicznego „wow” pojawia się coś innego: życie w całej swej niejednoznaczności.
Bo życie rzadko przypomina eksperyment w podręczniku.
Czasem ktoś naprawdę dmucha nam w skrzydła. Szef daje trudniejsze zadanie i mówi: „Spróbuj”. Przyjaciel zauważa wysiłek, zanim pojawi się spektakularny efekt. Ktoś bliski mówi mimochodem: „Widzę, ile w to wkładasz”. I nagle coś się w nas przesuwa o kilka milimetrów. Człowiek próbuje jeszcze raz. A potem jeszcze raz.
Ale bywa odwrotnie. Wystarczy kilka lekceważących reakcji, ironiczny komentarz, brak cierpliwości dla czyjejś pierwszej, nieporadnej próby. Skrzydła nie muszą być brutalnie podcięte. Czasem wystarczy, że nikt nie zauważy, że próbowały się rozłożyć.
Psychologia mówi też o efekcie Galatei – o tym, że nasza własna wiara w siebie wpływa na to, co osiągamy. Kiedy wierzymy w swoje możliwości, działamy śmielej, chętniej podejmujemy wyzwania. Tylko że ta wiara rzadko rodzi się w próżni. Najczęściej zaczyna się od czegoś prostszego: od momentu, w którym ktoś potraktował nas tak, jakby widział w nas więcej, niż my sami byliśmy w stanie zobaczyć.
Może właśnie dlatego historia z eksperymentem Rosenthala wciąż działa na wyobraźnię. Nawet jeśli nie wiemy, jak potoczyły się dalsze losy tych dzieci, jedno wydaje się oczywiste: reakcje innych ludzi nie są neutralne. Tworzą atmosferę, w której łatwiej próbować. Albo taką, w której lepiej się wycofać.
I tu dochodzimy do wniosków, które są jednocześnie banalne i trochę niewygodne. Bo każdy z nas codziennie spotyka innych ludzi. W pracy. W rodzinie. W przyjaźni. W zwykłych rozmowach, które wydają się zupełnie nieistotne. I właśnie w takich drobnych momentach rozstrzyga się coś ważnego: czy ktoś spróbuje jeszcze raz. Nie potrzeba wielkich przemówień motywacyjnych ani spektakularnych gestów. Często wystarczy odrobina uwagi. Chwila cierpliwości. Zwykłe „opowiedz mi więcej”.
Skrzydła ma każdy. Ale – jak pokazuje życie – rzadko unoszą się całkiem same. Potrzebują odrobiny wiatru. A czasem wiatr pojawia się zupełnie przypadkiem – w jednym zdaniu, w jednym spojrzeniu, w jednej chwili czyjejś życzliwości.
I tak sobie myślę, że nawet jeśli moja dociekliwość zepsuła trochę piękno tej historii z podręcznika psychologii, to zostawiła coś innego. Świadomość, że nigdy do końca nie wiemy, który z naszych drobnych gestów stanie się dla kogoś podmuchem pod skrzydła.
A czasem właśnie od takiego podmuchu zaczyna się czyjś lot.
2 odpowiedzi na “Dmuchanie w skrzydła… i moja dociekliwość”
-
o było jeszcze w czasach szkolnych, a więc niemal całą wieczność temu. Pamiętam wielu rodziców z tak zwanych dobrych domów, którzy wychwalali swoje dzieci z gorliwością godną partyjnej propagandy. Myślę jednak, że to bałwochwalstwo przyniosło ostatecznie więcej szkód niż pożytku.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
-
To bardzo ciekawe spostrzeżenie. Rzeczywiście jest różnica między wiarą w czyjeś możliwości a bezkrytycznym wychwalaniem. Nadmiar pochwał, zwłaszcza takich „na wyrost”, potrafi przynieść odwrotny skutek.
W eksperymencie Rosenthala nie chodziło jednak o nieustanne chwalenie dzieci. Raczej o coś subtelniejszego: więcej uwagi, cierpliwości i okazji do spróbowania. Powstała atmosfera, w której łatwiej było próbować i się rozwijać.
Może klucz nie leży w mówieniu dzieciom, że są wyjątkowe, tylko w traktowaniu ich tak, jakby ich wysiłek naprawdę miał znaczenie.PolubieniePolubione przez 1 osoba
-







Dodaj odpowiedź do Michal R. Anuluj pisanie odpowiedzi