Z okazji Międzynarodowego Dnia Urody postanowiłam przeprowadzić małe śledztwo. Na początek zaczęłam szukać urody… w sobie. To był odważny krok. Nie będę ukrywać, śledztwo nie zaczęło się najlepiej. Sprawdziłam z lewej. Potem z prawej. Zrobiłam trzy kroki w tył. Następnie rozpłaszczyłam nos na szklanej tafli. W lustrze wprawdzie coś znalazłam, ale trudno było ustalić, czy to jeszcze uroda, czy już tylko wspomnienie po niej. O zdjęciach z przedniej kamery telefonu, którego użyłam do głębszej diagnostyki, nawet nie wspomnę. Podejrzewam, że urządzenie ma wobec mnie jakieś osobiste uprzedzenia. W dodatku światło w łazience wyraźnie działało na moją niekorzyść. Jako urodzona optymistka postanowiłam nie wyciągać jeszcze pochopnych wniosków. Pomyślałam, że może jednak nie tędy droga. Postanowiłam poszukać dalej.
Zadałam sobie podstawowe pytanie: czym właściwie jest uroda?
Im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że jest to pojęcie wyjątkowo nieprecyzyjne. Abstrakcyjne wręcz. Nie ma przecież jednostki urody, wzoru matematycznego, według którego można ją obliczyć, ani komisji, która mogłaby wydać stosowny certyfikat. A jednak wszyscy doskonale wiemy, kiedy ktoś nam się podoba. Tylko to, co jednemu wydaje się piękne, drugiemu może wydać się zupełnie przeciętne.
I tu przypomniała mi się moja babcia-nieboszczka, która mawiała:
„Nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba”.
Im jestem starsza, tym bardziej doceniam tę filozofię. Zwłaszcza że jestem już w wieku, którego – o ile mi wiadomo – nie obejmuje gwarancja producenta. Niektóre elementy wyposażenia mają już swoje lata, część wyraźnie straciła pierwotną sprężystość, pewne elementy zaczynają się zużywać, inne zmieniają kształt, a jeszcze inne najwyraźniej postanowiły żyć własnym życiem.
Trudno więc nie zauważyć, że uroda jest również zjawiskiem ulotnym. Pojawia się, zmienia, czasem znika. Czasami robi to bez uprzedzenia i – co gorsza – bez konsultacji z właścicielem. I może właśnie dlatego tak bardzo próbujemy ją zatrzymać. Kremem. Fryzurą. Makijażem. Dietą. Zdjęciem z filtrem. Dobrym światłem.
Kanony się zmieniają. Mody się zmieniają. Nasze upodobania też się zmieniają. To, co kiedyś wydawało nam się atrakcyjne, dziś może nas zupełnie nie zachwycać. A do tego dochodzi czas. I może właśnie tutaj moje śledztwo powinno się skończyć. Ale im dłużej myślę o urodzie, mam bardziej wrażenie, że to, co naprawdę w człowieku przyciąga, nie zawsze mieści się w lustrze.
Są ludzie, którzy z wiekiem stają się coraz piękniejsi. I nie mam na myśli tego, że znaleźli wreszcie właściwy krem. I nie dlatego, że czas obszedł się z nimi wyjątkowo łaskawie. Wręcz przeciwnie. Po prostu zaczęło być w nich widać coś więcej. Może dlatego, że z czasem na twarzy pojawia się nie tylko więcej zmarszczek, ale też więcej historii. Widać, czy ktoś umie się śmiać z siebie. Czy potrafi słuchać. Czy po przejściach stał się bardziej zgorzkniały, czy przeciwnie – bardziej wyrozumiały. Czasem czyjś śmiech jest piękniejszy niż idealny hollywoodzki uśmiech. A człowiek, który potrafi rozjaśnić cudzy dzień, może okazać się piękny nawet wtedy, kiedy lustro ma na jego temat zupełnie inne zdanie.
Wygląda na to, że uroda nie znika, tylko z czasem przestaje mieszkać wyłącznie na powierzchni. I być może dlatego nie znalazłam jej w sobie tam, gdzie początkowo szukałam. Znalazłam za to kilka zmarszczek, parę siwych włosów i wyraźny dowód na to, że grawitacja jest jednak siłą działającą długoterminowo.
Znalazłam jednak coś jeszcze – świadomość, że coraz mniej interesuje mnie to, czy wyglądam idealnie, a coraz bardziej – czy dobrze mi ze sobą. I może to jest właśnie moment, w którym śledztwo w sprawie urody można zakończyć. Nie dlatego, że udało mi się stworzyć jednoznaczną definicję. Chyba nawet nie o to chodziło.
Mogę tylko powtórzyć za babcią:
„Nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba”.
I dodać od siebie:
Na szczęście.
Bo gdyby o urodzie decydowała jedna komisja, nie wiem, czy dostałabym pozwolenie na dalsze użytkowanie. 😂







Witaj! Twoja opinia jest ważna.