Zaczynam się już trochę bać tego mojego wrześniowego challenge’u. Pomysł wydawał się prosty. Każdego dnia zaglądam do kalendarza nietypowych świąt, sprawdzam, co przypada na daną datę, a potem próbuję coś o tym napisać. Łatwizna. Tylko że chyba zapomniałam o jednym. Ten kalendarz nie ma żadnego obowiązku ułatwiać mi życia. I właśnie 5 września postanowił mi o tym przypomnieć. Bo dzisiaj mamy Międzynarodowy Dzień Dobroczynności i Światowy Dzień Brody. Tak. Dobrze przeczytaliście. Dobroczynność. Broda. Nie wiem, czy osoba układająca ten kalendarz miała jakiś plan, ale bardzo chciałabym go poznać. Bo co ja mam z tym zrobić?
Może zacznijmy od dobroczynności. Kiedy słyszymy to słowo, od razu chyba widzimy coś dużego. Wielką akcję. Wielką kwotę. Wielką pomoc. Zbiórki pieniędzy. Fundacje. Wolontariuszy jadących z pomocą na drugi koniec świata. Ludzi, którzy przekazują ogromne sumy na szczytny cel. Maratony charytatywne i wielkie kampanie, podczas których wszyscy jednoczą się wokół jednej sprawy. I oczywiście – to wszystko jest potrzebne. Sama angażuję się w takie akcje, szczególnie jeśli dotyczą zwierząt, o czym stali czytelnicy tego bloga mogli się już wielokrotnie przekonać.
Ale mam wrażenie, że przez ten obraz wielkiej dobroczynności czasami zapominamy o tej zupełnie małej. Codziennej. Takiej, która nie ma plakatu, hashtagu ani zdjęcia na Instagramie. Bo pomaganie może mieć naprawdę różne oblicza.
Ktoś do nas dzwoni i mówi: „Mam beznadziejny dzień”. I zamiast odpowiedzieć: „Ja też”, słuchamy. Ktoś potrzebuje podwózki. „Jasne, podjadę”. Ktoś czegoś nie umie. Pokazujemy mu. Ktoś ma ciężkie zakupy. Bierzemy jedną siatkę. Ktoś jest nowy w pracy i nie wie, gdzie jest kuchnia. Pokazujemy mu ją, zamiast patrzeć, jak przez piętnaście minut krąży po biurze z miną człowieka zagubionego w lesie. Możemy też poświęcić komuś godzinę własnego czasu.
Czasami naprawdę niewiele trzeba. Nikt przecież nie wręczy nam statuetki za pożyczenie komuś ładowarki. Nie będzie gali za przepuszczenie kogoś w kolejce. Nie dostaniemy medalu za to, że znaleźliśmy czas, żeby wysłuchać człowieka, który akurat tego potrzebował. A jednak to też jest pomaganie. I chyba nie zawsze potrzebujemy do tego specjalnej okazji.
Nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jestem człowiekiem dobroczynnym. Pewnie czasami tak. Pewnie czasami nie. Ale chyba nie potrzebuję sobie tego tytułu przyznawać. Ważniejsze wydaje mi się to, czy potrafię zrobić coś dobrego wtedy, kiedy ktoś tego potrzebuje. Dla człowieka, dla zwierzęcia, dla kogoś, kogo znam albo dla zupełnie obcej osoby. I chyba właśnie to ma znaczenie.
A teraz… broda. Tak, broda ma swoje święto. I powiem szczerze – trochę jej zazdroszczę. Bo ile rzeczy na świecie może powiedzieć o sobie: „Mam swój dzień”? Broda może.
Mam wrażenie, że broda to już nie jest po prostu zarost. To cały komunikat. Facet bez brody wygląda jak facet bez brody. Facet z brodą może natomiast wyglądać jak: człowiek, który właśnie wrócił z gór, barista z modnej kawiarni, drwal, informatyk, muzyk, hipster, właściciel pasieki (absolutnie nie wiem, skąd to skojarzenie), albo ktoś, kto za chwilę powie: „Spokojnie. Znam się na tym”.
Nie będę udawać, że wszystkie brody podobają mi się tak samo. Niektóre są naprawdę świetne. Zadbane, dobrze przycięte, pasujące do twarzy. A niektóre sprawiają, że zaczynam się zastanawiać, czy właściciel w ogóle pamięta, że ma brodę. Jest jeszcze broda „na próbę”. Czyli człowiek przestaje się golić i przez pierwsze trzy tygodnie wszyscy wokół muszą udawać, że to jest świadoma decyzja stylistyczna.
W tych rozmyślaniach o brodzie zaczęłam sobie przypominać mężczyzn, których właściwie trudno sobie wyobrazić bez zarostu. ZZ Top bez bród? Nie. Abraham Lincoln bez brody? Też jakoś trudno. Karol Darwin? Proszę bardzo – broda.
A potem pomyślałam o postaciach fikcyjnych. Pan Kleks bez brody? Nie ma szans. Święty Mikołaj bez brody? To już byłby jakiś przypadkowy mężczyzna w czerwonym stroju, który prawdopodobnie pomylił imprezy. Gandalf bez brody? Zamiast potężnego czarodzieja mielibyśmy po prostu starszego pana z laską. Dumbledore bez brody? Dyrektor Hogwartu wyglądałby, jakby właśnie przeszedł kryzys wieku średniego i podjął decyzję o wielkiej życiowej zmianie. Papa Smerf bez brody? Tego już w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić. No i Jack Sparrow. Tutaj zarost jest tak mocno związany z całą postacią, że jego brak byłby chyba bardziej zaskakujący niż kolejna dziwna decyzja kapitana. Można zabrać mu statek, rum i kompas. Ale zarost musi pozostać.
I nagle człowiek zaczyna się zastanawiać, jak to możliwe, że kilka włosów na twarzy może stać się częścią czyjegoś wizerunku.
Broda naprawdę potrafi zmienić wygląd. Ten sam facet może wyglądać młodziej, poważniej, bardziej surowo albo po prostu zupełnie inaczej niż zwykle. I chyba dlatego broda od lat wraca jako element mody. Raz jest bardzo popularna, potem nagle wszyscy się golą, a chwilę później brody znowu pojawiają się wszędzie. Z brodą jest trochę jak z fryzurą. Tyle że tutaj mamy do dyspozycji twarz, więc efekt potrafi być naprawdę spektakularny.
A co właściwie robi się w Światowy Dzień Brody? Okazuje się, że można po prostu spotkać się z innymi brodaczami i trochę razem poświętować. Czyli, jeśli dobrze się zastanowić, znowu wracamy do ludzi. I chyba całkiem mi się to podoba. Bo można mieć najbardziej imponującą brodę w okolicy, ale jeśli siedzi się samotnie w domu, to trudno mówić o wielkim świętowaniu. A jeśli przy okazji można spotkać się z kolegami, pogadać, pośmiać i pochwalić się tym, kto ma lepiej utrzymaną brodę – dlaczego nie?
A jeśli ktoś z Was ma brodę, może przy okazji spojrzeć na nią z dumą. Jeśli jej nie ma – zawsze może pogratulować komuś, kto ma. A jeśli właśnie rozważa zapuszczenie… Cóż. Życzę cierpliwości wszystkim zaangażowanym. Tak czy inaczej, wszystkiego najlepszego dla brodaczy. I dla ich bród. Niech rosną zdrowo i zawsze wyglądają dokładnie tak, jak ich właściciele sobie wymarzyli.
A kobietom pozostaje przejść obok tego święta z godnością. I odrobiną zazdrości. Bo jednak broda ma swój dzień. A nasze brwi nadal nie.
Jutro znowu zajrzę do kalendarza. I już nawet nie będę pytać, czego się spodziewać. Po orzechach makadamia nauczyłam się, że lepiej być przygotowanym na wszystko.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.