3 września jest Dzień Wieżowców. Nie wiem, kto wymyśla takie święta i dlaczego akurat wieżowce doczekały się swojego dnia, ale przyznam, że ten temat mnie zatrzymał. Głównie dlatego, że jako dziecko chciałam zostać architektem, a jednocześnie mam dość osobliwy stosunek do wieżowców. Nie lubię ich.
Owszem, potrafię stanąć pod takim kolosem i pomyśleć: robi wrażenie. Kilkaset metrów wysokości, setki okien, tysiące ton konstrukcji, windy pędzące w górę i w dół. Człowiek naprawdę potrafi zbudować coś absurdalnie wysokiego. Tylko że mnie w architekturze nigdy nie interesowało, jak wysoko można zbudować. Mnie interesowało, jak pięknie można zrobić coś, co wcale nie musi być piękne. I to chyba zaczęło się bardzo wcześnie.
Jako dziecko lubiłam patrzeć na budynki. Szczególnie stare. Mogłam przejść obok kamienicy i zamiast zobaczyć po prostu kamienicę, zobaczyć balustradę. A balustrady potrafią być fascynujące. Niektóre są zwyczajnie funkcjonalne. Człowiek się ich trzyma, żeby nie spaść i na tym ich kariera się kończy. Ale są też takie, na które ktoś kiedyś spojrzał i najwyraźniej pomyślał: „Skoro już robimy balustradę, to może zróbmy ją piękną”. I wtedy zaczyna się magia. Zawijajasy, liście, kwiaty, geometryczne wzory, jakieś niesamowite kształty, których nie potrafiłabym dzisiaj nawet narysować. Ktoś poświęcił czas, żeby kawałek metalu, którego podstawowym zadaniem było zabezpieczenie balkonu, stał się ozdobą całego budynku.
To samo z klamkami. Ktoś kiedyś projektował klamkę. Nie wiem dlaczego, ale bardzo mnie to wzrusza. Bo przecież klamka nie musi być interesująca. Ma się ją nacisnąć i otworzyć drzwi. Koniec historii. A jednak oglądam stare drzwi i widzę klamkę, którą ktoś zaprojektował z takim zaangażowaniem, jakby od jej kształtu zależało coś bardzo ważnego. Podobnie z gzymsami, sztukateriami, obramowaniami okien, ornamentami nad wejściami. Tyle rzeczy, które nie są do niczego potrzebne. A jednak dzięki nim budynek ma charakter.
I chyba w starej architekturze najbardziej kocham to, że komuś chciało się zrobić więcej, niż było konieczne. Można było zrobić zwykłe drzwi. Zrobiono piękne. Można było zrobić prostą balustradę. Zrobiono ozdobną. Można było zostawić gładką ścianę. Ktoś ją udekorował. Mam wrażenie, że dawniej było więcej miejsca na rzeczy, które dzisiaj uznalibyśmy za kompletnie niepraktyczne.
Może właśnie dlatego tak boli mnie widok niszczejących zabytków. Kiedy widzę piekną kamienicę, z której odpadają ozdoby, stare drzwi zostały zastąpione czymś plastikowym, a misterne ornamenty ktoś pomalował farbą tak grubo, że zniknęły pod nią wszystkie szczegóły, mam ochotę zapytać: dlaczego? Przecież ktoś kiedyś się nad tym napracował. Ktoś to wymyślił. Ktoś zrobił. Ktoś uznał, że warto.
A ja naprawdę miałam zostać architektem. Złożyłam papiery do technikum architektonicznego. I wtedy koleżanka powiedziała mi, że się nie dostanę, bo będzie egzamin z rysunku. To wystarczyło. Nie poszłam. Do dzisiaj nie wiem, czy rzeczywiście nie zdałabym tego egzaminu. Być może tak. Być może nie. Może okazałabym się beznadziejną architektką i po kilku miesiącach odkryłabym, że wcale nie chcę projektować budynków. Ale tego już się nie dowiem. Bo wtedy bardziej uwierzyłam jej niż sobie. Dziś wydaje mi się to absurdalne. Jedno zdanie wypowiedziane przez koleżankę i po sprawie. Tylko że chyba właśnie tak czasami zaczynają się nasze „nie umiem”, „nie nadaję się”, „nie dam rady”. Nie pamiętamy już, kto pierwszy je wypowiedział. Po latach brzmią jak nasze własne.
Ale wrócmy do wieżowców, w końcu to ich święto. Przecież jeśli naprawdę interesowałaby mnie architektura jako taka, powinnam zachwycać się tymi najwyższymi budowlami. Powinnam śledzić rekordy, znać wysokość Varso Tower, wiedzieć, ile metrów ma Burj Khalifa i która konstrukcja właśnie próbuje pobić kolejny rekord. A ja patrząc na wieżowiec, chciałabym powiedzieć: ładna ta balustrada. Tylko że najczęściej jej tam nie ma. Jest szkło, stal, beton. Jest imponująca wysokość. I jest człowiek, który stoi na dole i próbuje zadrzeć głowę wystarczająco wysoko, żeby zobaczyć czubek.
Właśnie dlatego bardziej lubię stare budynki. Bo one nie próbują pobić rekordu. Po prostu stoją. Czasem trochę krzywo. Czasem z odpadającym tynkiem. Czasem z oknem, którego nikt od lat nie umył. Ale mają swoje drobiazgi, swoje balustrady, swoje drzwi i swoje ornamenty. I człowiek może podejść bliżej. Nie musi zadzierać głowy, by się im przyjrzeć.
Myślę, że właśnie dlatego, gdybym naprawdę została architektem, nie projektowałabym chyba wieżowców. Podejrzewam, że byłabym tą irytującą architektką, która przychodzi na spotkanie z inwestorem i słyszy:
– Potrzebujemy 300 metrów wysokości.
– A balustrada?
– Balustrada?
– Tak. Jaka będzie?
– No… metalowa.
– A ornament?
– Nie będzie ornamentu.
– To po co w ogóle budujemy?
I pewnie dlatego całe szczęście, że nie zostałam architektem. Bo zamiast projektować budynki, mogę sobie spokojnie chodzić po mieście i oceniać cudze projekty. A to jest zajęcie znacznie mniej odpowiedzialne i zdecydowanie bardziej odpowiada moim kwalifikacjom.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.