No dobra, kto mnie już trochę zna, ten wie, że mam skłonność do zaglądania do kalendarza nietypowych świąt. Lubię sprawdzać, co też ludzkość wymyśliła, żeby uczcić konkretny dzień.
A teraz muszę przyznać się jeszcze do czegoś. Postanowiłam zrobić sobie challenge i każdego dnia września pisać o święcie z tego przedziwnego kalendarza. Wstaję rano, zaglądam do środka i sprawdzam, co tym razem przygotował dla mnie. I dzisiaj ten kalendarz wystawił mnie na próbę.
Nie powiem, dostałam dwie opcje do wyboru. Pod datą 4 września mamy Światowy Dzień Zdrowia Seksualnego oraz Dzień Orzechów Makadamia.
No więc… makadamia.
Żartuję. Chociaż przyznam, że przez chwilę pomyślałam, że to byłaby zdecydowanie bezpieczniejsza opcja. Bo o orzechach można napisać wszystko bez większego ryzyka, że ktoś poczuje się niezręcznie. Można napisać, że są smaczne, zdrowe, drogie jak małe złoto i że trudno skończyć na jednej sztuce. A o seksualności? O zgodzie? O granicach? O tym, co jest w porządku, a co już nie? Nagle robi się trudniej.
Kalendarz opisuje dzisiejsze święto jako dzień przełamywania tabu i otwartego mówienia o seksualności, zgodzie i granicach. I pomyślałam, że właśnie z tą „otwartością” mamy największy problem. Bo o seksie potrafimy żartować bez końca. Potrafimy robić z niego dowcipy, memy, seriale, reklamy i clickbaity. Ale kiedy trzeba porozmawiać o tym, czy ktoś naprawdę chciał, czy czuł się bezpiecznie, czy jego granice zostały uszanowane – nagle język zaczyna się plątać.
Bo przecież „nic wielkiego się nie stało”. Bo przecież „mogła powiedzieć nie”. Bo przecież „wcześniej się zgadzała”. Bo przecież „to tylko żart”. Bo przecież „on nie miał złych intencji”. I właśnie to „przecież” potrafi być bardzo niebezpieczne.
Wydaje mi się, że przez lata wiele rzeczy związanych ze zgodą funkcjonowało w naszej zbiorowej świadomości jako coś oczywistego. Jeśli ktoś nie protestuje – to chyba się zgadza. Jeśli wcześniej się zgadzał – to pewnie nadal. Jeśli jest w związku – to przecież wiadomo. Jeśli flirtuje – czego się spodziewa? Jeśli ubrała się w określony sposób – sama się prosiła. A jeśli najpierw powiedział „tak”, a później „nie” – no ale przecież zaczęli. Tylko że zgoda nie działa w ten sposób.
Zgoda nie jest umową podpisaną raz na zawsze. Nie jest nagrodą za bycie w związku. Nie dostajemy jej automatycznie tylko dlatego, że ktoś wcześniej się na coś zgodził. Można przecież zmienić zdanie. Powiedzieć „nie”. Albo „nie teraz”. Można chcieć czegoś jednego, ale nie chcieć czegoś innego. Czasem po prostu nie mamy ochoty. I naprawdę nie zawsze trzeba się z tego tłumaczyć.
A co z tym, co „niewłaściwe”? To chyba jeszcze trudniejszy temat. Bo bardzo łatwo zauważyć zachowanie, które jest ewidentnym przekroczeniem granicy. Znacznie trudniej rozmawiać o tych wszystkich sytuacjach, które mieszczą się gdzieś pomiędzy. Naciskanie, obrażanie się, kiedy druga osoba odmawia, manipulowanie, żarty, które dla jednej osoby są zabawne, a dla drugiej niekoniecznie. Do tego dotyk, na który ktoś nie wyraził zgody, sytuacje, w których człowiek zamiera i nie potrafi zareagować, i przekonanie, że skoro „nic się nie wydarzyło”, to nie ma o czym mówić.
A przecież o tych sprawach powinniśmy umieć rozmawiać. Nie po to, żeby każdego od razu nazywać sprawcą i każdą niezręczną sytuację sprowadzać do wielkiej afery. Tylko po to, żeby lepiej rozumieć granice. Swoje. I cudze.
Dlaczego tak trudno powiedzieć „nie”? Myślę, że wiele osób zna to uczucie. Chce odmówić, ale jakoś głupio tak po prostu powiedzieć „nie”. Bo co sobie pomyśli druga osoba? Że jesteśmy niemili? Trudni? Że przesadzamy? Czasem nie chcemy psuć atmosfery, czasem boimy się reakcji drugiej osoby, a czasem sami nie jesteśmy pewni, czy w ogóle mamy wystarczający powód, żeby odmówić.
I dlatego zamiast po prostu powiedzieć „nie”, zaczynamy się tłumaczyć. „Jestem zmęczona”. „Jutro muszę rano wstać”. „Może innym razem”. „Nie wiem, czy mam ochotę”. A przecież „nie chcę” powinno wystarczyć. Nie musimy przedstawiać komisji śledczej dowodów na to, dlaczego nie mamy ochoty na kontakt fizyczny.
I działa to w obie strony. Tak jak mamy prawo powiedzieć „nie”, tak samo mamy obowiązek uszanować „nie” drugiej osoby. Bez obrażania się, przekonywania, negocjowania, bez robienia z odmowy osobistej tragedii.
Nie wiem, czy jeden dzień w kalendarzu może coś zmienić. Pewnie nie. Ale może być pretekstem do rozmowy z partnerem, przyjaciółką, z dzieckiem – jeśli jest na to odpowiedni moment i sposób. A może przede wszystkim – do rozmowy ze sobą.
O własnych granicach. O tym, na co się zgadzamy, a na co nie. O tym, czy umiemy powiedzieć „nie”. I czy umiemy usłyszeć „nie”, kiedy mówi je ktoś obok nas.
Może właśnie tego najbardziej potrzebujemy: nie kolejnych wielkich haseł, tylko nauczenia się zwykłej, normalnej rozmowy. Bez wstydu. Bez śmiechu, kiedy temat robi się niewygodny. Bez „przesadzasz”. Bez „nic się nie stało”. I bez udawania, że problem nie istnieje tylko dlatego, że trudno o nim mówić.
A skoro już dzisiaj przełamałam własne tabu i napisałam o tym wszystkim… to pozostaje mi tylko przypomnieć, że 4 września jest również Dniem Orzechów Makadamia. I po tej całej poważnej rozmowie chyba należy mi się ich garść. W końcu granice granicami, ale makadamii sobie nie odmówię. 😉







Witaj! Twoja opinia jest ważna.