Ziemia z dziurą ozonową, satelita i napis „DZIURA OZONOWA”

Dzisiaj jest Międzynarodowy Dzień Ochrony Warstwy Ozonowej.

Długo zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam o nim pisać. Bo nie jestem fizykiem. Nie jestem chemikiem. Nie jestem też człowiekiem, który na hasło „warstwa ozonowa” zaczyna z pamięci rysować schematy cząsteczek i tłumaczyć, co dzieje się z promieniowaniem ultrafioletowym. Cholera, kto właściwie bada warstwę ozonową? Fizycy atmosfery? Chemicy atmosfery? Klimatolodzy? Meteorolodzy?

No właśnie. Nie chciałam wyjść na osobę, która nic nie wie, ale się wypowie. Na każdy temat. Ale zaczęłam czytać. Szukać. Sprawdzać. Porównywać. I zanim się obejrzałam, miałam otwartych tyle kart w przeglądarce, że komputer prawdopodobnie zaczął podejrzewać, że zmieniam zawód.

Mężu, przepraszam, że od wczoraj nie zamieniliśmy ze sobą zbyt wielu zdań. To nie jest tak, że się na Ciebie obraziłam. Po prostu badałam warstwę ozonową. I muszę przyznać, że to, co odkryłam, naprawdę mnie zaskoczyło.

Był taki czas, kiedy dziura ozonowa należała do ścisłej czołówki rzeczy, których należało się bać. Obok kwaśnych deszczy, efektu cieplarnianego i końca świata, który – jak wynikało z wielu ówczesnych rozmów – był właściwie kwestią odpowiedniego ustawienia kalendarza. O dziurze ozonowej mówiono dużo.

Pamiętam ją jako coś ogromnego, niewidzialnego i bardzo złego, co znajdowało się gdzieś wysoko nad nami i najwyraźniej miało osobisty interes w tym, żeby nasze życie stało się trudniejsze.

Była dziura. W warstwie. Nad Antarktydą. Już samo zestawienie tych słów nie wróżyło niczego dobrego. A potem nagle przestało się o niej mówić.

I to jest chyba najbardziej niezwykłe. Zwykle, kiedy człowiek dowiaduje się o jakimś zagrożeniu, historia rozwija się według dość przewidywalnego scenariusza. Najpierw dowiadujemy się, że jest problem. Z czasem okazuje się, że sprawa jest poważniejsza, niż początkowo sądziliśmy, a problem większy, niż się wydawało.

Tym razem było inaczej. W 1987 roku państwa podpisały Protokół montrealski i zaczęły wycofywać substancje niszczące warstwę ozonową. I, co może wydawać się dziś trochę nieprawdopodobne, to zadziałało. Warstwa ozonowa jest na drodze do odbudowy. Według obecnych prognoz ma wrócić mniej więcej do poziomu z 1980 roku w połowie tego stulecia, choć nad Antarktydą potrwa to dłużej.

Czyli stało się coś, do czego nie jesteśmy chyba szczególnie przyzwyczajeni. Ludzie zauważyli problem, przestraszyli się, dogadali, zmienili przepisy i problem zaczął się zmniejszać.

Niedawno pisałam tutaj, że dobra wiadomość jest trochę towarem deficytowym. Niektóre dobre wiadomości mają dodatkowy problem. Kiedy naprawdę się sprawdzą, przestają być wiadomościami. „Warstwa ozonowa powoli się odbudowuje” nie brzmi tak dobrze jak „mamy gigantyczną dziurę nad Antarktydą”.

Nie ma tu katastrofy i dramatycznego odliczania. Nie ma nawet porządnego zdjęcia, które można pokazać przy kolacji. Jest za to żmudne, międzynarodowe porozumienie, zmiana przepisów i konsekwentne robienie tego, co trzeba. Nudne jak nie wiem co. A jednak skuteczne.

Łatwiej zauważyć problem niż jego brak. Katastrofa, która się wydarzyła, ma swoją historię. Katastrofa, która się nie wydarzyła, nie ma nawet zdjęcia. Nikt przecież nie robi konferencji prasowej pod tytułem: „W tym roku również nie doszło do czegoś strasznego”. A szkoda. Bo może powinniśmy. Może czasem warto powiedzieć: słuchajcie, pamiętacie ten problem, którym straszyliśmy was trzydzieści lat temu? Otóż część tego problemu udało się rozwiązać. Nie wszystko i nie od razu. Ale jednak.

I to chyba jest informacja, której trochę nam brakuje. Nie po to, żeby przestać się przejmować, ale żeby pamiętać, że nasze działania czasem naprawdę mają znaczenie. Bo jeśli człowiek przez całe życie słyszy, że świat zmierza w złym kierunku, w końcu może dojść do dość praktycznego wniosku: skoro i tak wszystko zmierza w złym kierunku, to może nie ma sensu się specjalnie wysilać.

A tymczasem dziura ozonowa opowiada zupełnie inną historię. I kiedy o tym czytam, zaczynam się zastanawiać, czy podobnie nie moglibyśmy kiedyś opowiadać o innych rzeczach, które dzisiaj wydają nam się nie do ruszenia. O zmianach klimatu. O plastiku w oceanach. O kolejnych problemach, które znamy aż za dobrze i z którymi zdążyliśmy się już trochę oswoić.

Nie wiem, czy się uda. Ale skoro kiedyś potrafiliśmy zobaczyć problem, dogadać się i coś naprawdę zmienić, to chyba nie ma powodu zakładać z góry, że tym razem będzie inaczej.

Witaj! Twoja opinia jest ważna.

Od akapitu, od słowa, od serca

Witaj na mojej stronie. W miejscu, gdzie słowa mają znaczenie.

Pisanie to dla mnie przede wszystkim pasja i sposób wyrażania siebie. To ważna część życia. Uwielbiam czas, kiedy mogę zatrzymać myśli, podzielić się refleksjami i opowiedzieć historie, które noszę w sercu.

Tu znajdziesz opowieści o codzienności, o życiu, które czasem jest pełne nadziei, a czasem nieźle daje w kość. To przestrzeń szczerości i prawdy, bez zbędnych ozdobników.

Na tej stronie będę też dzielić się swoją twórczością – opowiadaniami, bajkami, wierszami i książkami, które powstają na moim biurku.

Zapraszam Cię do wspólnej podróży. Niech słowa połączą nas w tym, co najważniejsze.