Dzisiaj podzielę się bardzo osobistą historią. Nie dlatego, że lubię opowiadać o swoim życiu. Raczej dlatego, że kiedy zobaczyłam, że 17 września jest Światowym Dniem Bezpieczeństwa Pacjenta, przypomniała mi się pewna noc sprzed trzynastu lat. Noc, po której słowo „bezpieczeństwo” zaczęło dla mnie znaczyć coś zupełnie innego.
Kiedy człowiek trafia do szpitala, przychodzi taki moment, w którym bliscy mogą wreszcie odetchnąć. Jest w miejscu, w którym powinna zostać udzielona mu pomoc. Są lekarze, pielęgniarki, sprzęt, leki. Ludzie, którzy wiedzą więcej od nas i którzy mają zrobić to, czego my nie potrafimy.
Tak właśnie myśleliśmy, kiedy moja mama trafiła do szpitala.
To nie był spokojny przyjazd na planowany zabieg. Jej stan był poważny. Traciła przytomność. Spędziła wiele godzin na izbie przyjęć, czekając, aż ktoś się nią zajmie. W końcu została przyjęta. Usłyszeliśmy pierwszą diagnozę. To była choroba, o której wtedy dużo się mówiło. Nagle wszystko zaczęło się kręcić wokół niej. Personel zaczął się obawiać zakażenia. SOR został zamknięty. Mamę przewieziono na oddział i umieszczono w izolatce.
Była noc. Wróciliśmy do domu. Nie mieliśmy wtedy powodu, żeby myśleć, że właśnie zaczyna się najgorsza część tej historii. Przecież mama była już w szpitalu. Pod opieką. Już nic gorszego nie mogło się wydarzyć.
Rano wróciliśmy. I wtedy zobaczyliśmy, że moja mama leży w izolatce nieprzytomna. Sama. Nikt jej nie pomagał. Czekano na wynik testu, który miał potwierdzić postawioną diagnozę. Tyle że wynik potrzebował czasu. A moja mama potrzebowała pomocy teraz.
Nie byliśmy lekarzami. Nie znaliśmy procedur. Nie wiedzieliśmy, jakie decyzje powinny zostać podjęte i kto powinien je podjąć. Wiedzieliśmy tylko jedno. Nieprzytomny człowiek nie może po prostu leżeć i czekać. Przestaliśmy być grzecznymi bliskimi. Zaczęliśmy pytać. Domagać się pomocy. Chodzić po szpitalu i szukać kogoś, kto wreszcie potraktuje poważnie to, co widzimy. Zrobiliśmy wokół siebie sporo zamieszania. I dobrze. W tym czasie właściwie sami zaczęliśmy się mamą zajmować, bo personel bał się wejść do izolatki. A potem przyszły wyniki. To nie była ta choroba.
Po kilku dniach usłyszeliśmy, że „zrobili już wszystko” i że mama zostanie nam „wydana”. „Wydana”. To słowo do dziś brzmi mi w głowie. Jakby chodziło o przedmiot. Tyle że my się na to nie zgodziliśmy. Nie wiedzieliśmy, co dokładnie jej jest. Nie mieliśmy wiedzy medycznej. Nie umieliśmy ocenić wyników badań ani powiedzieć lekarzowi, jakie leczenie powinno zostać zastosowane. W końcu znalazł się lekarz, który zaczął szukać innego wyjaśnienia.
I wtedy zaczęły się kolejne badania. Jedno po drugim pokazywało, że stan mamy jest znacznie poważniejszy, niż początkowo sądzono. Nie będę wymieniać wszystkich rozpoznań. To jest już jej historia i jej prywatność. Mama spędziła w szpitalach wiele miesięcy. Dostała w końcu właściwą pomoc. Mogliśmy przestać walczyć o to, żeby ktoś wreszcie zobaczył, jak bardzo jest chora.
Minęło od tamtej pory trzynaście lat. Mama żyje.
Po tych wszystkich doświadczeniach, dzisiaj, kiedy słyszę „bezpieczeństwo pacjenta”, nie myślę wyłącznie o właściwym leku, właściwym zabiegu czy właściwie postawionej diagnozie. Myślę też o tym, co dzieje się pomiędzy.
Czy ktoś zauważy, że pacjent przestaje reagować?
Czy kolejna osoba, która zajmuje się pacjentem, wie, co wydarzyło się wcześniej?
Czy ktoś zada sobie pytanie, czy pierwsza diagnoza rzeczywiście wyjaśnia wszystko?
Czy ktoś jeszcze raz spojrzy na pacjenta, kiedy ten nie jest w stanie powiedzieć, że coś jest nie tak?
Czasami najbardziej niebezpieczna diagnoza to nie ta, której nie postawiono. Czasami jest nią ta, którą postawiono zbyt szybko. A czasami bezpieczeństwo pacjenta zależy również od tego, czy ktoś stojący przy jego łóżku odważy się powiedzieć: „Nie. Z nią naprawdę dzieje się coś złego. Proszę jeszcze raz sprawdzić”.
Tekst publikuję za wiedzą i zgodą mojej Mamy.
Mężu, dziękuję Ci, że byłeś wtedy ze mną.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.