Ostatnio zaczynam się poważnie bać własnych myśli. A właściwie tego, jak szybko rzeczywistość postanawia na nie odpowiedzieć. To już nie są zwykłe zbiegi okoliczności. To przypomina geometrię. Jakby między tym, co dzieje się w mojej głowie, a tym, co czeka za najbliższym zakrętem, istniała jakaś niewidoczna zależność. Wystarczy, że długo obracam w myślach jakiś problem albo próbuję zrozumieć czyjeś zachowanie, a świat niemal natychmiast podsuwa coś, co wygląda jak jego przeciwieństwo. Jakby kosmos dbał o to, żeby mój wewnętrzny bilans wychodził na zero.
To nie dotyczy tylko drobiazgów. Ta symetria, zbudowana z przeciwieństw, wydaje się totalna. Wielowarstwowa. Ostatnio łapię się na tym, że otwieram książkę, żeby wejść w czyjąś fikcyjną – choć często boleśnie prawdziwą – opowieść pełną trudnych wyborów i ludzkiego pogubienia. A kiedy podnoszę wzrok znad stronicy, rzeczywistość rzuca mi pod nogi wiadomość, która uderza w moje prywatne podwórko. To jak druga strona tej samej historii. Jakby scenarzysta tego świata uparł się, bym w jednym tygodniu przeszła przez cały wachlarz emocji – od głębokiego rozczarowania i zmęczenia cudzym egocentryzmem, przez lęk o jutro, aż po absolutny zachwyt.
Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego te zdarzenia przychodzą w pakietach. Gdybym dostawała tylko ten trudny, drenujący rewers rzeczywistości, to bym go zwyczajnie nie uniosła. Pękłabym gdzieś po drodze, albo zgorzkniała tak, że już nic by do mnie nie docierało. A z drugiej strony, gdybym dostawała tylko czyste, bezwarunkowe dobro, bez żadnych pęknięć, utonęłabym w naiwności.
Ta świadomość uczy jednak pokory i działa w dwie strony. Kiedy przychodzi moment czystego zachwytu, już się w nim nie rozgaszczam z naiwną pewnością, że tak będzie zawsze. Wiem, że rachunek za ten luksus jest w drodze. I odwrotnie – gdy rzeczywistość parzy jak czerwcowy skwar i przynosi rozczarowanie cudzym egocentryzmem, nie załamuję rąk. Zaczynam traktować tę geometrię jak coś w rodzaju stałego wzorca. Skoro bilans znów się w ten sposób układa, to każdy trudny rewers staje się po prostu zapowiedzią, że świat za chwilę będzie musiał oddać mi trochę światła.
Ale nie zamierzam spędzić życia wyłącznie na czekaniu, aż kosmos łaskawie rzuci mi kolejny wyrównujący pakiet. Ta naprzemienność ciosów i zachwytów wymaga ode mnie czegoś więcej: żebym w te najtrudniejsze dni potrafiła sama dla siebie znaleźć brakujący awers. Przeciwstawić się geometrii własnym, cichym uporem.
Kiedy rzeczywistość parzy najmocniej, przypominam sobie jedno. Rewersy dostajemy od losu bez pytania o zgodę. Ale awersy te, które naprawdę się liczą – możemy nauczyć się tworzyć sami.
Postscriptum
Wierzę w kropki. Te stawiane z pełną świadomością na końcu zdań, które kosztowały nas trochę bolesnego porządku w głowie. Kiedy kończyłam pisać o geometrii rzeczywistości i awersach, które czasem musimy tworzyć sami, wydawało mi się, że domknęłam pewną myśl.
Rzeczywistość miała na ten temat własne zdanie.
Jeszcze zanim opublikowałam tekst, zupełnym przypadkiem trafiłam na książkę „Transerfing rzeczywistości” Vadima Zelanda. Czytałam kolejne strony z rosnącym zdumieniem. Nadmierne potencjały, siły równoważące, dążenie do zachowania równowagi – miałam wrażenie, jakby ktoś próbował ubrać w teorię coś, co kilka godzin wcześniej opisałam wyłącznie własną intuicją.
Nie traktuję tego jako dowodu na cokolwiek. Raczej jako jeszcze jedną z tych koincydencji, które każą na chwilę się zatrzymać i uważniej rozejrzeć. Jeszcze jeden cichy przypis dopisany przez rzeczywistość do tekstu, którego nie zdążyłam nawet opublikować.
Wygląda na to, że geometria rzeczywistości nie kończy się wraz z ostatnią kropką.








Witaj! Twoja opinia jest ważna.