Byłam kiedyś na ważnej uroczystości. W pewnym momencie rozbrzmiał hymn. Wszyscy stanęli nieruchomo, skupieni, w atmosferze powagi, jakiej wymagała ta chwila.
Dwa rzędy przede mną stała moja mama. Widziałam, że drży z zimna. Nie było jej po prostu chłodno – było widać, że coraz trudniej jest jej wytrzymać. Przeszłam więc kilka kroków między stojącymi osobami i okryłam ją swetrem.
Wtedy usłyszałam przy uchu ciche, ale stanowcze:
– To jest hymn!
Do dziś pamiętam tę chwilę. Byliśmy przecież na tym samym wydarzeniu, słuchaliśmy tych samych słów, staliśmy w tej samej ciszy. A jednak zobaczyliśmy coś zupełnie innego.
On zobaczył przede wszystkim zasadę. Ja zobaczyłam przede wszystkim człowieka.
Nie piszę tego po to, żeby powiedzieć, że zasady nie mają znaczenia. Mają. Rytuały, symbole i określone zachowania są częścią kultury. Nadają znaczenie wspólnym chwilom i przypominają nam o wartościach, które chcemy chronić.
Ale czasem zastanawiam się, co dzieje się wtedy, gdy forma zaczyna przesłaniać sens.
Ta sytuacja skłoniła mnie do pytania, czym tak naprawdę jest kultura. Czy sprowadza się do znajomości zasad, właściwych gestów i umiejętności zachowania się w odpowiednim momencie?
Może właśnie sposób, w jaki traktujemy drugiego człowieka, mówi o naszej kulturze więcej niż znajomość samych zasad.
Można znać wszystkie zasady i nadal nie zauważyć, że ktoś obok cierpi. Upominając innych w imię dobrych manier, łatwo zapomnieć o zwykłej życzliwości.
Od pewnego czasu myślę o tym również w kontekście mediów społecznościowych.
Mam wrażenie, że zmieniły one nie tylko sposób, w jaki rozmawiamy. Zmieniły także sposób, w jaki reagujemy na cudze błędy.
Publiczne upokorzenie nie jest wynalazkiem naszych czasów. Dawniej jego symbolem był pręgierz na rynku. Człowiek nie cierpiał wyłącznie przez samą karę. Bolało także to, że stawał przed oczami innych, wystawiony na ocenę tłumu.
Dziś nie potrzeba już drewnianych dybów. Wystarczy telefon.
Jedno zdjęcie, kilka oskarżycielskich słów i czyjaś pomyłka może w krótkim czasie stać się publicznym widowiskiem. Zamiast rozmowy pojawia się osąd. Zamiast próby zrozumienia – potrzeba pokazania, kto stoi po właściwej stronie.
Nie twierdzę, że nie należy reagować na niewłaściwe zachowania. Są sytuacje, w których trzeba zabrać głos. Zastanawiam się czasem, czy w takich sytuacjach naprawdę chcemy coś naprawić, czy bardziej poczuć, że stoimy po właściwej stronie. Czy szukamy rozwiązania problemu, czy potwierdzenia, że to my mamy rację?
Najbardziej niepokoi mnie to, jak łatwo pomylić jedno z drugim.
Wspólnota nie rodzi się z tego, że wszyscy potrafimy bezbłędnie przestrzegać zasad. Bardziej z tego, że pamiętamy, iż po drugiej stronie zawsze jest człowiek.
Kultura nie jest tylko tym, co robimy wtedy, gdy wszyscy patrzą. Widać ją szczególnie wtedy, gdy mamy poczucie, że to my mamy rację.
Bo można bronić wartości, nie odbierając drugiemu człowiekowi godności.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.