Dzisiaj jest Dzień Pierwszej Miłości. I nie mam tekstu. Naprawdę. Próbowałam.
Pierwsza miłość to przecież temat, który powinien pisać się sam. Wystarczy znaleźć odpowiednie słowa: motyle w brzuchu, pierwsze spojrzenie, bicie serca, listy pisane po nocach, czekanie na telefon…
Już po tych kilku słowach zrobiło mi się trochę słabo. Nie dlatego, że nie wierzę w pierwszą miłość. Wierzę. Mam nawet dowód. Miałam czternaście lat, kiedy poznałam chłopaka, który został moim mężem.
I właśnie tutaj powinien pojawić się piękny fragment o tym, że pierwsza miłość może przetrwać całe życie. Tylko że nie mam ochoty go pisać.
Bo co właściwie miałabym powiedzieć?
Że po tylu latach nadal go kocham? Prawda.
Że się zmieniliśmy? Też prawda.
Że czasem mnie wkurza? Oczywiście, że prawda.
Że ja jego też? Podejrzewam, że też. Mogłabym zapytać, ale chyba nie będę ryzykować w Dniu Pierwszej Miłości.
Nie umiem dzisiaj napisać tekstu o pierwszej miłości. Bo kiedy człowiek naprawdę coś przeżył, trudno mu zamienić to w ładne zdanie. Zwłaszcza że życie nie jest ładnym zdaniem. Jest raczej długim tekstem z poprawkami, skreśleniami, przecinkami postawionymi w dziwnych miejscach i fragmentami, których za nic nie da się już usunąć.
Przez te wszystkie lata zdążyło się wydarzyć całkiem sporo. Zmieniliśmy się my. Zmieniło się nasze życie. Moja pierwsza miłość też nie jest już pierwszą miłością z tamtych czasów. Tamten chłopak miał piętnaście lat. Ja niewiele mniej. Dzisiaj jesteśmy zupełnie innymi ludźmi.
Gdybym miała kochać przez całe życie tylko tego piętnastoletniego chłopaka, musiałabym zatrzymać czas. A czas, jak wiadomo, niespecjalnie pyta nas o zdanie. Idzie sobie dalej. Dorośliśmy. I jakoś tak wyszło, że po drodze z pierwszej miłości zrobiło nam się całe wspólne życie.
No i teraz mam problem. Bo jak to opisać, żeby nie wyszło banalnie i ckliwie?
No właśnie. I dlatego dzisiaj nie mam tekstu.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.