Dzisiaj jest Dzień Budowlańca. Temat wydaje się prosty. Budowlaniec. Co robi? Buduje. Zaczyna od fundamentów. Potem ściany, kolejne kondygnacje, dach. Pnie się w górę. Albo wszerz. Coś dobudowuje, coś wyburza. Czasem robi tylko mały remont. Czasem musi przestawić kilka ścian.
W życiu mamy podobnie. To aż się prosi o tekst. Tylko że takich tekstów napisano już chyba tyle, że wystarczyłoby przejść się po osiedlu i pozbierać z elewacji kilka metafor.
Dlatego zostawmy życie. Zostańmy przy budowaniu. A właściwie – przy pisaniu.
Bo kiedy człowiek pisze, szybko okazuje się, że nie jest to żadne tajemnicze natchnienie, które spływa na niego i samo układa mu zdania. Przynajmniej nie u mnie. Najczęściej jest trochę jak na budowie.
Najpierw jest materiał. Jedna myśl, która przyszła rano pod prysznicem i koniecznie trzeba ją zapisać, zanim ucieknie. Jedno słowo znalezione gdzieś po drodze. Obraz. Czyjeś zdanie. Czasem tylko przeczucie, że coś tu powinno być, chociaż jeszcze nie wiadomo co.
To są moje cegły. Nie wszystkie dobre. Właściwie większość wymaga obróbki. Jedną trzeba przyciąć, inną odwrócić, trzecią odłożyć na bok, bo choć sama w sobie całkiem ładna, nie pasuje do tego, co już stoi.
A najgorzej jest z zaprawą. Te wszystkie małe słowa, których prawie nie widać, a bez nich wszystko się rozłazi. „Ale”, „więc”, „jednak”, „chociaż”. Zdania muszą się jakoś trzymać – jedno przy drugim. Nie za ciasno, żeby tekst nie zrobił się ciężki. Nie za luźno, żeby nie zaczęły się między nimi robić przeciągi.
Czasem jedno „ale” potrafi uratować cały akapit. Czasem jedno „więc” położy go na łopatki.
I tak tekst zaczyna się składać. Pierwsze zdanie ciągnie za sobą drugie, drugie domaga się trzeciego. Gdzieś trzeba zrobić otwór na okno. Gdzie indziej już niczego nie wolno dokładać, bo całość zaczyna podejrzanie pracować. Wtedy rozpoczyna się poprawianie: tu trzeba przymierzyć, to odłożyć, tamto przesunąć, wyciąć lub dopasować. Jeszcze raz przeczytać. Zobaczyć, że jednak nie pasuje. Wyrzucić. Zacząć od początku.
I myślę sobie, że właściwie ja też jestem trochę budowlańcem.
Nie stawiam co prawda monumentalnych budowli z rozmachem „Ksiąg Jakubowych”. U mnie to raczej małe altanki ogrodowe, chatki na kurzej nóżce, czasem domek na drzewie. Konstrukcje niewielkie, czasem trochę krzywe, wymagające kilku cegieł, odrobiny zaprawy i całkiem sporo cierpliwości.
Ale może nie każda budowa musi być monumentalna? Są przecież tacy, którzy wcale nie chcieliby mieszkać w pałacu.
Zaraz, a gdzie podział się prawdziwy budowlaniec? Przecież to jego święto. Może zawieruszył się w którymś akapicie? Może spakował narzędzia i poszedł do domu, widząc, jak ja się z tym akapitem szarpię. W sumie to mu się absolutnie nie dziwię. Fajrant to rzecz święta.
Ja też odkładam kielnię. Na dziś ten tekst jest wybudowany. A że trochę krzywo? Przynajmniej widać, że robione ręcznie, a nie z prefabrykatu.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.