Dzisiaj jest Światowy Dzień Królika.
I mam z tym pewien problem.
Od rana próbuję wymyślić, co właściwie o nim napisać. Czyli, używając nomenklatury dzisiejszego święta, cały dzień gonię króliczka.
A ten króliczek wyjątkowo dobrze wie, jak mi uciekać. Kiedy już wydaje mi się, że go mam, znika. Pojawia się gdzie indziej. Łapię go, przyglądam się i po chwili stwierdzam, że znów go nie ma.
I tak od rana.
Przed obiadem uznałam, że muszę udać się na polowanie. Nie po lasach i łąkach, ale po języku polskim. Po obiedzie rzeczywiście coś zaczęło mi świtać. Królik najwyraźniej lubi być metaforą.
Możemy gonić króliczka, czyli uganiać się za czymś, co wydaje się coraz bliżej, ale kiedy tylko wyciągamy rękę, znowu nam ucieka. Kariera, pieniądze, sukces, szczęście, wymarzony urlop – właściwie wszystko może zostać naszym króliczkiem.
A kiedy już wydaje się, że sytuacja jest beznadziejna, królik może wyskoczyć z kapelusza. Czyli pojawić się z rozwiązaniem, pomysłem albo argumentem, którego nikt się nie spodziewał.
Z punktu widzenia królika nie jest to chyba szczególnie wygodne życie. Raz trzeba uciekać przed człowiekiem, innym razem wyskakiwać mu z kapelusza.
Jeszcze mniej komfortowa jest rola królika doświadczalnego. Tutaj nasz bohater trafia w ręce nauki i zostaje kimś, na kim testuje się nowe rozwiązania. A jeśli zaczniemy szukać dalej, pojawią się jeszcze krewni i znajomi królika.
Jak na jedno niewielkie zwierzę, całkiem sporo ról.
Przed kolacją odkryłam, że królik dobrze czuje się także w kulturze.
Wystarczy zajrzeć do książek i bajek. Jest Biały Królik z „Alicji w Krainie Czarów”, za którym ruszamy w nieznane. Jest Królik Bugs, który od lat radzi sobie z przeciwnikami większymi od siebie. Jest Piotruś Królik, którego ciekawość nie zawsze wychodzi mu na dobre. No i jest Królik z „Kubusia Puchatka” – pedantyczny, zasadniczy i chyba najbardziej przejęty tym, żeby wszystko było zrobione jak należy.
No i jest królicza nora.
Ta ostatnia zrobiła zresztą całkiem niezłą karierę poza literaturą. Wystarczy czasem jeden niewinny link w internecie. Klikamy. Potem kolejny. Jeszcze jeden. I nagle orientujemy się, że od pół godziny czytamy o czymś, czego pół godziny wcześniej nawet nie planowaliśmy poznawać.
Weszliśmy tylko na chwilę. A potem trudno się wydostać.
I właśnie kiedy zaczęłam się zastanawiać, gdzie jeszcze można tego królika spotkać, jakoś tak niepostrzeżenie zaczęły mi się te króliki rozmnażać.
Jak króliki.
Kolejne skojarzenie nasunęło się samo. Antykoncepcja.
I jak się okazało, nie tylko ja mam takie skojarzenia. Dzisiaj obchodzimy również Światowy Dzień Antykoncepcji. Kalendarz widocznie ma podobne.
I nagle mój niewinny królik zrobił się całkiem poważny.
Bo antykoncepcja to przecież nie tylko sposób na to, żeby nie mieć dziecka. To także możliwość powiedzenia: jeszcze nie. Albo: teraz. Albo: więcej dzieci już nie chcę.
Niby proste słowa. A za każdym z nich może stać zupełnie inna historia.
Kiedyś możliwości były znacznie mniejsze. Ludzie od wieków próbowali jednak jakoś wpływać na swoją płodność. Stosowali zioła, mieszanki, amulety i najróżniejsze receptury, których dzisiaj raczej nie chcielibyśmy testować na sobie.
W starożytnym Egipcie również próbowano wpływać na płodność. Zachowały się receptury, które pokazują, że pomysłowości ludzi w tej kwestii nie brakowało. W jednej z nich pojawia się między innymi miód, a także… odchód krokodyla.
I tak oto z okazji Światowego Dnia Królika dowiedziałam się dzisiaj czegoś o antykoncepcji w Egipcie i starożytnych krokodylach.
Nie planowałam tego. Właściwie od rana nie planowałam nawet takiego tekstu.
Jak widać, w dzisiejszych czasach łatwiej zaplanować ciążę niż tekst blogowy.







Witaj! Twoja opinia jest ważna.